Jedyna skuteczna modlitwa

W ubiegłą niedzielę pisałem o wierzących, którym „nie przeszkadza” w ich modlitwie ani Bóg ani drugi człowiek. Nie potrafią uszanować ciszy, by wsłuchać się w głos Boga, nie potrafią też uszanować wspólnoty, by swoją modlitwę połączyć nawet z liturgiczną modlitwą Kościoła. Można się „zamodlić” na śmierć nie chcąc usłyszeć i nie chcąc zobaczyć. Modlitwa człowieka ślepego, który szuka podobnych ślepych przewodników, wszystko to nazywając wiarą w Boga.

Jak zatem ocenić, czy człowiek dobrze się modli? Po owocach, ale też po szczegółowych kryteriach. Pierwsze kryterium są same wypowiadane słowa. Jakie jest ich zabarwienie uczuciowe, ile w nich miłości, dobroci, a ile gniewu i złorzeczenia? Nie chodzi nawet w międzyludzkim sporze o to „czy” się spieramy, ale o to „jak”? Ile w słowach, a dalej w samej modlitwie potrafi być zacietrzewienia.

Drugie kryterium próbuje pogodzić słowa i czyny. Ubóstwo naszych zachować nie zawsze bierze się z bazowania na ograniczoności języka czy jakimś ograniczeniu człowieka. Często naszą nieposkromioną ludzką złość próbujemy ubrać w modlitewny żargon.

Kolejne kryterium, to słowa bezużyteczne. Bezwiednie powtarzane myślenie innych. Kiedy człowiek nie chce słuchać i myśleć, powtarza to co jest wypowiadane najgłośniej, z największą dawką emocji. Wierzy, że tylko głośne mówienie wskazuje na rzeczy ważne.

Czwarte kryterium pyta o moje słowo o drugim człowieku. Czasem jest tak, że gdy się wsłuchamy w czyjąś narrację, trudno doszukać się w niej chociaż jednego dobrego słowa o drugim.

Potrzeba więc piątego kryterium, jakim jest milczenie. Jak długo człowiek nie nauczy się mówić, lepiej milczeć. Ale milczenie to nie „cisza przed burzą”. Milczenie to czas na przemianę siebie, na odwagę pomyślenia o sobie, na zrozumienie swojej głuchoty i ślepoty.

Ostatnie kryterium zachęca do budowania własnych słów na Słowie Boga. Ale nie chodzi o to, by się nauczyć kilku biblijnych cytatów, których używa się zamiast pięści, miecza, kamienia. Chodzi o otwarcie na słowo Boże.

Cztery etapy „lectio divina”. Najpierw czytam, ale czytam po to, by zrozumieć. Jeśli słowo nie mówi mi czegoś od razu, czytam je po raz kolejny i kolejny. W końcu zaczynam widzieć. To w tym momencie przechodzę do medytacji. Szukam w tym słowie siebie, odniesienia własnego życia do Słowa Bożego. I dopiero wtedy zaczynam się modlić. Modlitwa jest wtedy oddawaniem Bogu wcześniej przyjętego słowa. Słowo nie pada bezowocnie, można je tylko bezowocnym uczynić. Wreszcie trzeba kontemplować, a więc odpocząć przed Bogiem. Jeśli szkoda mi czasu na niemówienie w modlitwie, jeśli szkoda mi czasu na kontemplację Boga i własnego życia, to właściwie nie umiem się modlić.

To jest bardzo ważne. Bo zdążyły wyrosnąć kolejne pokolenia, które odmawiając modlitwy, praktycznie się nie modlą. To tak, jak gdyby zasłonić ziemię przed deszczem i liczyć, że deszcz ją nawodni. Słowo Boże często odbija się od tego, co nas przed nim chroni: naszym parasolem są nawyki, uprzedzenia, pobożne formułki odmawiane według zasady „byle szybko i dużo”.

W 2006 roku Benedykt XVI dał trzy wskazówki młodym szukającym prawdziwej modlitwy:

1. Musi nastać nowe pokolenie apostołów, obierających za swój fundament „lectio divina”.

2. Lectio divina jest warunkiem prawdziwego wejścia w relację z Bogiem.

3. Lectio divina jest warunkiem budowania prawdziwej jedności między ludźmi.

Nie można bez Słowa Bożego budować słów, które miałyby stać się modlitwą. Chyba, że będzie to „nasza” modlitwa do „Boga urojonego”.

Wierzący i jednocześnie nie dotknięci wiarą

W tradycji katolickiej (szczególnie w nauczaniu św. Jana Pawła II) pojawia się rozróżnienie pomiędzy ortodoksją a ortopraksją. Pierwsza oznacza posiadanie określonego zasobu idei (teorii) na temat kierunku i kształtu życia człowieka wierzącego. Druga wskazuje na praktyczne zastosowanie tego, co się czasem nazbyt łatwo wyznaje ustami. Właśnie na styku tych dwóch podejść potrzebna jest roztropność. Można bowiem mieć w głowie, czasem nawet w sercu, piękne teorie, ale mogą one pozostać umieszczone – jak gdyby – w intelekcie biernym, w szerokim zasobie różnych elementów tego, co się wie, natomiast można mieć problem z ich wydobyciem w celu zastosowania w konkretnym miejscu i czasie.

Nie jest to problem nowy. Czytania na dzisiejszą niedzielę pokazują dwie postaci: Saula i Dawida. Jeden, przez swoje sprzeniewierzenie się Bogu, stał się postacią schodzącą, drugi zaczyna coraz bardziej być znakiem Bożej obecności i prowadzenia przez Boga. Saul ściga Dawida jako swojego politycznego rywala i jest gotowy rozwiązać sprawę po ludzku (praktycznie), chociaż jest człowiekiem wierzącym. Dawid, mając jeszcze większą sposobność, by potraktować Saula jak wojennego wroga, z szacunku dla jego wybrania wznosi się ponad „praktyczność” rozwiązywania po ludzku relacji z drugim człowiekiem. Daje mu tym samym dowód swoich czystych intencji, ale również wyraża szacunek dla uprzedniego wybrania go przez Boga.

W tym momencie dotykamy istoty roztropności, a więc postawy, która potrafi przegrać w małym, by wygrać wielkie. Postawy, która przychodzące do głowy typowo ludzkie rozwiązania potrafi wznieść na poziom wiary. Można by mnożyć przykłady z życia pokazujące rozdźwięk pomiędzy ortodoksją i ortopraksją. Wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak chrześcijański polityk traktuje swojego rywala, jak katolik odnosi się do konkurencji, co mówimy o ludziach, którzy myślą inaczej niż my. A przecież wracamy w niedzielę do ortodoksji, powtarzamy nasze wyznanie wiary, słuchamy słów o miłości nieprzyjaciół, a potem przychodzi praktyka życia, która potwierdza brak przeniesienia teorii w życie.

Jak zmniejszyć ten dystans, jak wyrobić w sobie nawyk łączenia prawd wiary z prawdą życia? Najlepszym sposobem jest modlitwa. Jeśli bowiem podejść do niej uczciwie, na początku przypomina bardzo człowieka ziemskiego. Prosimy po ludzku o rzeczy dobre po ludzku, czasem wymuszamy na Bogu takie czy inne działanie w stosunku do naszych nieprzyjaciół. Potrzeba wtedy czasu na dorastanie do drugiego etapu modlitwy, w którym nie człowiek mówi do Boga, ale Bóg zaczyna mówić do człowieka i pokazywać mu nowe rozwiązania. Czy uświadamiam sobie, że szczytem modlitwy nie jest mówienie, ale kontemplacja i zasłuchanie w głos Boga? Modlić się, nie oznacza produkować, modlić się to odpocząć; od tego był szabat, od tego jest niedziela, dzień spoczynku w Bogu.

Potrzeba więc ciszy i wspólnoty. Ciszy, by przestać mówić i móc usłyszeć. Wspólnoty, by zobaczyć, że w centrum mojej modlitwy nie mogę być ja sam. To nie jest sztuka odgrywana na kościelnej scenie,a my nie jesteśmy katolickimi aktorami. Modlitwa to nie akt oddawany sobie samemu, ale Bogu. Bogu we wspólnocie, razem z innymi, w otwarciu na ich potrzeby. Modlitwa to również uszanowanie potrzeby ciszy drugiego człowieka.

Niestety coraz częściej pojawia się „drugi obieg” w modlitwie wspólnotowej, nawet podczas Eucharystii. Są osoby, które mają jakby własną liturgię, własne modlitwy, które nawet ciszę potrzebną innym potrafią zakłócić własną mantrą wypowiadaną często jak w amoku. A przecież są miejsca w Eucharystii, gdzie można Bogu wypowiedzieć siebie, ale są też momenty, w których kulminacją jest wspólne wielbienie Boga. Czy wystarczy nam odwagi, by się temu przeciwstawić? Czy mamy dość siły, by powiedzieć, że najwyższy czas skończyć już z tymi magicznymi postawami w czasie wspólnych celebracji? Liturgia jest jedna, a w niej szczególnie mamy pokazać, że stać nas na jedność.

W poszukiwaniu kryteriów oceny ludzi

Postmodernizm pozbawił nas myślenia w kategoriach par przeciwieństw. Nie ma już niskich i wysokich, głupich i mądrych, zdrowych i chorych. Wszyscy staliśmy się jacyś wymieszani, nijacy, wielcy inaczej. Człowiek potrzebuje jednak kryteriów, mając pełną świadomość, że i one muszą podlegać weryfikacji. Jednak nie sposób codziennie pytać, kto jest bliski a kto daleki. Nie sposób nieustannie testować wierność przyjaciół. Upraszczamy, stosując kryteria, ale jednocześnie mamy świadomość, że bez nich świat byłby nie do opisania. Wszystko byłoby wszystkim, czyli niczym.

Mamy więc kryteria subiektywne: bliskości, wielkości, zaufania – według nas. Są też kryteria bardziej obiektywne, na przykład ubogi – bogaty. Ale i tu wiara przynosi nam modyfikację ich rozumienia. Ubogi to niekoniecznie biedny w potocznym znaczeniu. Ubogi to ten, kto swoje życie odnosi do specyficznej nadziei i specyficznego szczęścia. O. Jacek Woroniecki nazywał taką postawę nadzieją wielkoduszną. Oznacza ona człowieka, który umie przegrać małe i nieistotne, by wygrać wielkie. Ubogi ma swoje miejsce w perspektywie wiary również dlatego, że często pozbawiony pewnych dóbr staje się żywym pytaniem o to, kto go tych dóbr pozbawił? W tym kontekście można mówić o niesprawiedliwie biednym i – konsekwentnie – o niesprawiedliwie bogatym. Nie można więc przerobić tego błogosławieństwa na podkreślanie roli wyuczonych bezrobotnych i cwaniaków. Ale również nie wystarczy płakać. Płakać może złodziej, którego schwytano. Płakać może kierowca, który dał się złapać policji na przekroczeniu przepisów. Płakać może jednak również ten, kto się pojednał, naprawił szkodę, przeżył coś wielkiego. O tym ostatnim rodzaju płaczu mówią błogosławieństwa.

Ale i te kryteria mogą okazać się niewystarczające, bo przecież z bogactwem można zrobić coś sensownego, ale też ubogi mając szybką i nie do końca uczciwą perspektywę wzbogacenia, nie zawsze ją odrzuci.

Jest jeszcze kryterium tych, którzy wierzą i nie wierzą w zmartwychwstanie. W istocie jest to pytanie o horyzont życia. Można się tego uczyć pytając o rzeczy przedostateczne. Można na przykład pytać o swój zawód. Czy potrafię sobie wyobrazić jak będzie wyglądał mój zawód za 20 lat. Mogę próbować wyobrazić sobie swoje życie na emeryturze. To są doświadczenia bardzo pouczające. Wiara idzie jeszcze dalej, pyta o moje wyobrażenie życia po śmierci. Gdybym sobie go nie wyobrażał, jestem – jako wierzący – bardziej godny politowania niż ktokolwiek inny.

Pytanie o ostateczny horyzont jest najsurowszym, ale i najprawdziwszym kryterium podziału ludzi. To ono mówi, kto jest naprawdę wielki, a kto mały, kto jest prawdziwie błogosławiony, a kto przeklęty.

Gdyby nie było kryteriów, perspektywa ludzkiego życia byłaby czymś najbardziej niesprawiedliwym i okrutnym, co mogłoby przydarzyć się człowiekowi. Bez kryteriów życie ludzkie straciłoby sens.