Narracja czy rzeczywistość?

Wtopiony w codzienność nie zauważam istoty rzeczywistości. Ktoś opowiada mi o czymś, ja odwzajemniam się tym samym. W pewnym momencie rodzi się jednak pytanie, czy moja opowieść o rzeczywistości nie jest powtórzeniem narracji już zasłyszanej? Nie mam czasu na weryfikację wszystkiego. Jestem „skazany na narrację”.

Funduję więc sobie czas oderwania się od bieżącej narracji. W czasie „wyłączonym” znowu jednak nie dotykam rzeczywistości, lecz słyszę narrację przeciwną do tej światowej. Przez światową rozumiem narrację mediów nastawionych na sensację, szybkie podsumowania, zmianę perspektywy, proste prawdy, szybkie wyroki. Ale również narracja „oderwana od świata” opowiada, tylko jakby w odmienny sposób. Mów dobrze o świecie, a stanie się lepszy. Patrz na ludzi z empatią, a dojrzysz ich drugie oblicze.

Mam ochotę na chwilę zrobić sobie prawdziwą przerwę od pozytywnych i negatywnych narracji i po prostu zacząć słuchać rzeczywistości. Problem polega na tym, że trudno znaleźć świat bez narracji. I nawet kiedy wsłuchuję się w siebie, nawet wtedy słyszę, że coś opowiada we mnie.

Może więc zamiast być „skazanym na narrację”, skazać siebie na samotność? Ona nie potrzebuje planów, ideologii, zwolenników mojego widzenia świata. Jej wystarczy wydarzenie, człowiek, czasami pustka. Może kiedy przestanie się słuchać innych, wtedy zapomni się słów. A kiedy samemu zatraci się zdolność opowiadania, wtedy pozostanie wejście w wydarzenie bez konieczności rozumienia domagającego się komunikowania.

Samotność pozwala na dotknięcie rzeczywistości bez słów, jednak cena za to doświadczenie jest duża. Może dlatego wracam do opowiadania innych i sam zaczynam opowiadać, niekiedy tylko żałując, że nie mam dość sił, by „skazać siebie na samotność”.

Bóg nie wysłuchuje… bo nie może

Dokądże będziemy Cię wzywać, a Ty nie wysłuchujesz? Dawne wołanie proroka jest wciąż aktualne. A gdyby tak wysłuchał?

Gdyby zabrał grzesznych i złych ludzi, a zostawił tylko nas, chrześcijan. Wtedy wszystko byłoby inaczej, jak w zegarku. Metro jeździłoby z częstotliwością naszej modlitwy codziennej, pensja wpływałaby regularnie jak nasz udział w nabożeństwach.

A może Bóg boi się zbyt pięknego świata? Może boi się konkurencji, że stworzylibyśmy lepszy świat niż ten pierwszy? A może boi się tego, co już robimy w odniesieniu do innych. Może boi się naszej sprawiedliwości i proporcji wymierzania kary. Może słyszy jak budując lepszy świat oceniamy siebie nawzajem. Grzeszący lekko – szuka usprawiedliwienia dla innych; grzeszący ciężko – nie zrozumie, że ktoś może upaść; grzeszący śmiertelnie – nie wybaczy drugiemu nigdy.

Dokądże będziemy Cię wzywać, a Ty nie wysłuchujesz?

Obyś naszej modlitwy za naszych nieprzyjaciół nie wysłuchał nigdy.

Genetyka wiary

Rodzina, tradycja, kontynuacja… Są to ważne elementy w drodze kształtowania postaw człowieka, również postawy wiary. Nie można jednak zapominać, że grzechy ojców nie przechodzą na synów, i podobnie, nie przechodzą też dobre uczynki. Precyzyjniej, wpływają, ale nie determinują, ani też automatycznie nie zabezpieczają na przyszłość.

Tak rodzi się nowe podejście do „genetyki wiary”. Najprostszym przykładem mogą być początki wiary na naszych ziemiach. Jak to się więc „genetycznie” zaczęło? Wratysław I był człowiekiem szerzącym z całych sił chrześcijaństwo w Czechach. Jego żoną była Drahomira. Miała ona jednak zgoła odmienny stosunek do chrześcijaństwa, do tego stopnia, że doprowadziła do uduszenia św. Ludmiły, genetycznej matki wiary Wratysława.

Wratysław i Drahomira mieli dwóch znanych synów: Bolesława i Wacława. Bolesław zwracający się ku pogaństwu, Wacław całym sercem oddany sprawie wiary (św. Wacław, męczennik). Za namową Drahomiry Bolesław zabija brata. Dla pełni obrazu, to właśnie Bolesław ma córkę, Dobrawę, żonę Mieszka I.

Co z tego wynika? Ano wynika tyle, że genetyka ani nie determinuje, ani nie zwalnia od starań. Ta zagmatwana historia uczy jednego: za osobistą postawę pierwszym odpowiedzialnym jestem ja sam.