Zrozumieć niewiarę…

Coraz bardziej zagęszcza się (albo jak wolą niektórzy: rozrzedza) atmosfera życia religijnego w Polsce. Dla starszych było oczywiste, że po to, by nie mieć problemów z Bogiem (a może bardziej z człowiekiem) trzeba po prostu wierzyć. A jak już się wierzy w Polsce, to trzeba wierzyć po katolicku. Z kolei dla najmłodszego pokolenia wiara nie jest już wcale czymś tak oczywistym. Próbuje się to zrzucić na brak przekazu i tradycji, na prądy liberalne i w ogóle na ocieplenie klimatu, zwane tolerancją. Próbowaliśmy łatać tymi tłumaczeniami coraz większe ubytki naszej religijnej tkaniny. Niestety dziury robią się coraz większe.

Ale chyba nadszedł już czas, by powiedzieć głośno: w Polsce jest niewiara, są ludzie nie identyfikujący się z katolicyzmem, ani z żadną inną religią. Są ludzie, którzy nie wierzą, bo im nikt nie powiedział, są też tacy, którzy nie wierzą, bo im za dużo o tym mówiono. Zabrakło świadków. I nie chodzi o świadków przeszłości (dziadków ciągle jeszcze mamy). Zabrakło świadków wiary. Nie wystarczy pocieszać się tym, że mamy Bł. Jana Pawła II czy św. Faustynę. To są dla wielu święci wirtualni, albo realni, ale w innym wymiarze. Potrzebujemy świadków (świętych) obok nas – w rodzinie, w najbliższym kościele, w miejscu pracy. Takich świętych, którzy pozostając ludźmi, swoim życiem będą nam stawiać pytanie o Boga.

Skończył się czas dowodów ontologicznych i kosmologicznych. Potrzebujemy dzisiaj dowodu z człowieka. I nie jest prawdą, że człowiek nie chce być religijny. Chce, ale nie umie, bo mu nikt nie pokazał. W czasach komuny, żeby wpisać się w społeczeństwo i coś osiągnąć wielu wstępowało do partii. Dzisiaj odnosi się wrażenie, że ciągle nie ma innej drogi. Kodeks Prawa Kanonicznego tak bardzo przestrzega duchownych przed przynależnością partyjną. Ale myślę, że trzeba to czytać szerzej – również przynależnością mentalną. Człowiek Kościoła musi przede wszystkim przynależeć do Kościoła. A Kościół jest wszystkich.

Dopóki nie skończymy z dziwnymi podziałami na partyjnych na sposób kościelny i partyjnych antykościelnie, dopóty nie zbudujemy wspólnoty. Czy da się jednak myśleć inaczej o sprawach świeckich i wierzyć w tego samego Boga? A można być Kowalskim, Nowakiem mając włosy blond lub ciemne, będąc policjantem lub księdzem, bliżej prawej lub bliżej lewej strony?

Może fenomen rodziny polega na tym, że członków rodziny łączy przede wszystkim miłość. Trochę podobnie jak najważniejsza teza Ewangelii, statutu „naszej partii”. Do czego zachęcam? Do wyrobienia w sobie nawyku codziennego rozważania Ewangelii – tekstu fundacyjnego wspólnoty do której się należy, co do której ma się czasem opory, którą się już porzuciło, a może jeszcze nie wybrało. Jest tylko jeden warunek wstępny, by do niej przynależeć – bycie człowiekiem. To trzeba wnieść jako kapitał początkowy. Reszta jest łaską, którą daje Bóg. Bez tego osobistego spotkania, żadne tradycje i przekazy nie przekonają. One nabierają sensu dopiero w kontekście spotkania.

Czas zatem na ożywienie nadziei, bo człowiek nie szuka nie-wiary, tak jak nie szuka nie-słońca, nie-chleba, nie-pracy. To byłoby nielogiczne. Człowiek szuka sensu, tylko nie pozwoli już sobie wmówić (i to jest istotna zmiana pokoleniowa!) czegoś co nie jest chlebem, nie będzie udawał pracy, gdy jej nie ma, ani nie rozbierze się w pochmurny dzień, żeby udawać opalanie. Nie zacznie też się modlić, kiedy – w jego mniemaniu – nie ma do kogo i z kim. Czas udawania się skończył i zaczęły się przerażająco szczere rozmowy, również o wierze.

Warto czasem spojrzeć na świat inaczej. Będę wdzięczny za wszelkie komentarze. Dzielmy się naszą wiarą i niewiarą. Bez takich dyskusji nie będziemy wspólnotą bogatą różnorodnością, ale monolitem, o którym nie będzie chciało się nawet myśleć.

Autor

Jarosław A. Sobkowiak

Nauczyciel akademicki. Zakres badań: antropologia i aksjologia kultury, etyka, hermeneutyka filozoficzna i teologiczna, moralność w aspekcie "intellectus fidei".

11 myśli do „Zrozumieć niewiarę…”

  1. w „Listach starego diabła do młodego” C.S. Lewis słowami Krętacza pisze, że żeby osłabić gorliwość neofity najlepiej pokazać mu grzechy i słabości ludzi, którzy siedzą obok niego w ławce w kościele, jego sąsiadów, rodziny. Bo mimo że wierzy on wytrwale w Boga to jednak obok siebie ma ludzi, którzy też w Niego wierzą. I niekoniecznie wiarą żyją.
    Dlatego ważne jest świadectwo, ale nie to wygłoszone z ambony, egzaltowane i wyidealizowane. Raczej to przeżyte na co dzień. Sama wiem doskonale, że wiarę zawdzięczam rodzicom. nie dlatego, że przekazali mi dziedzictwo czy rodzinna tradycję. Dlatego, że oni sami wierzą. I wyrazem ich wiary było to, że zamiast wysyłać mnie do Kościoła zabierali ze sobą. Że w święta nieistotne były prezenty ale spotkanie z Bogiem, przeżywane przez pryzmat rorat i porannego wstawania na nie. Że razem z nami klękali (i nadal to robią) do modlitwy wieczorem, że razem czytamy Pismo Święte. Podobnie Dziadkowie – Oni też po prostu wierzyli.
    Chciałabym kiedyś być takim świadkiem dla swoich dzieci…
    Byłam kilka razy z młodzieżą z gimnazjum na rekolekcjach przed bierzmowaniem i tam też pojawiają się podobne tematy. I zawsze problemem jest brak świadectwa.
    W naszym rzekomo katolickim kraju nie widać tej „katolickości” na ulicach, w szkołach, w pracy i domu. Bo świętość to dla nas czysta abstrakcja (i całkowicie zgodzę się z Asią, że chodzi tu o marzenie!).
    A pięknym wzorem wiary są na pewno dzieci. (i czy przypadkiem trochę wiary w nich nie zabijamy każąc być cicho i nie przeszkadzać w kościele, bo Ksiądz na nie nakrzyczy, a „Bozio” się pogniewa?)
    Moja pięcioletnia siostra jest moim mistrzem wiary – bo ona nie próbuje wiedzieć, ona WIERZY

  2. To prawda, że wiara zdecydowanie wykracza poza sferę intelektu. Bo nawet jeśli człowiek przeprowadzi piękne logiczne rozumowanie, w którym zauważy związek między starożytną koncepcją praprzyczyny a chrześcijańską wizją Boga, nie można jeszcze mówić o wierze. W świecie nauki nie jest żadnym fenomenem wiara w bliżej nieokreślony absolut tudzież w siłę kierującą światem w sposób, który człowiek w miarę rozwoju techniki stara się coraz lepiej rozumieć. Ale to ciągle ni mniej ni więcej tylko oświeceniowy Zegarmistrz czy Wielki Architekt. Mało. Aby odnaleźć sens życia w konkretnym „tu i teraz” zdecydowanie za mało. Nie wystarczy dziś sama dyskusja o istnieniu bądź nie-istnieniu Boga, lecz potrzeba dotknąć kwestii zupełnie kluczowej – że to istnienie bądź nie-istnienie ma realny wpływ na życie człowieka.

    Wiele osób pyta o potrzebę apologii wiary.. Apologia wiary ma chyba sens o tyle, o ile broni jej człowiek, dla którego ma ona znaczenie; konkretny człowiek, dla którego życie nabiera sensu dzięki wierze. Dzięki takim świadkom chrześcijaństwo staje się bardziej wiarygodne. Bardziej przekona mnie świadectwo faceta, który dzięki Bożej pomocy wyszedł z alkoholizmu niż drobiazgowa analiza faktów archeologicznych, które przemawiają za tym, że Jezus był w Seforis.

    Wydaje się, że wspomniany dowód z człowieka ma jednak pewną słabość, której na imię „subiektywne spojrzenie”. Nie twierdzę, że jest to wielka wada, jednak nasze – skądinąd kartezjańskie – cogito, dubito ergo… zniekształca obraz Boga. To, że ja postrzegam go w taki czy inny sposób nie oznacza, że On rzeczywiście jest taki. Ale nikt nie mówił, że dochodzenie do prawdy o Bogu ma być szybkie i łatwe. Poszukiwanie Prawy łączy się z ascezą, która wiąże się z szalenie trudną zgodą na to, że ja mogę się mylić, że moje patrzenie na Boga jest niewłaściwe. Jednak subiektywne spojrzenie – którego nie należy mylić z subiektywizmem absolutyzującym wartość poznania człowieka – ma też swoje pozytywne strony. Obraz Boga jest przez naszą subiektywność zniekształcony, ale jednak cenny dla naszego wspólnego dochodzenia do Prawdy.

    Zrozumieć niewiarę… Zrozumieć racje niewiary jest łatwiej niż zrozumieć jej dramat w życiu człowieka. Ateizm jest trudny. Nie jest on zwykłym przeciwieństwem słowa „wierzę”. Nie podlega też prostej ocenie, która skazuje niewierzącego na piekło lub niebo. Czasem niewiara sprowadza się do życia jakby Boga nie było – etsi Deus non daretur, a niekiedy jest bolesnym napięciem między mnogością dowodów z historii i tradycji a niemożnością wykonania „skoku w przepaść”, jak to było chociażby w przypadku św. Edyty Stein. Historia niewiary tej niemieckiej karmelitanki i uczennicy Edmunda Husserla pokazuje wartość świadectwa, o którym wszyscy tutaj piszemy. Edyta Stein znała chrześcijaństwo od strony doktrynalnej, była także zorientowana w myśli teologicznej lepiej niż przeciętny wierzący w jej czasach. To wszystko – jakkolwiek cenne dla intelektu – nie wystarczało jednak, aby uwierzyć w Boga. Jej niewiara załamała się dopiero wówczas, gdy sięgnęła po Księgę Życia autorstwa św. Teresy z Avila. Nikt nie podaje konkretnego zdania tego dzieła, które miało przekonać przyszłą świętą. Najprawdopodobniej przekonało ją właśnie świadectwo. Myślę, że jest to jedno z wielu dowodów na to, że świadectwo rzeczywiście może być lekarstwem na niewiarę, zaś jego brak lub podanie w nieodpowiedniej formie doskonale wyjaśnia dlaczego niewiara istnieje…

  3. Kryzys wiary się rozrasta, to fakt. Wszyscy piszą, że potrzeba dzisiejszych „proroków”, by dawali świadactwo wiary. Nikt jednak nie pisze kto miałby być tym świadkiem. Wszyscy teraz zakrzykną, że jak to kto?? Wiadomo, wszyscy powinniśmy być! Owszem, wszyscy, ale kto najpierw?? Kto ma dać przykład?? Kto ma nas nauczyć odpowiednich postaw, regół?? Skąd mamy czerpać wzorce?? Uważam, że od naszych przewodnikó duchowych, czyli księży. Owszem, maja prawo do słabości i upadków jak każdy. W końcu są ludzmi jak my wszyscy. Ale jeśli od każdego z pracowników, uczniów, rodziców, oczekuje się kompetencji i zaangażowania w rozwój swój i sobie podległych, jeśli od kierowników oczekuje się, że będzie umiał właściwie kierować podległa sobie jednostką, a od ucznia, że bezie się uczył, zaliczał egzaminy, to od księdza oczekuję, że będzie umiał zarazić mnie wiarą do Boga. Jak?? ano róznie, metody są. Trzeba je tylko dopasować do ludzi i okoliczności. Postawa naszych rodziców jest równie ważna. Jednak jakimi rodzicami bedą dzisiejsi studenci?? Co przekaża następnym pokoleniom, jesli teraz nikt nie nauczy ich właściwych postaw, jesli nikt nie powie jak wielka miłością jest Bóg? Gdy nie usłyszą, że Bóg, kocha, wybacza, cieszy sie z naszych powrotów i smuci z upadków, ale nigdy nikogo nie przekreśla?? I takiej postawy od nas oczekuje w stosunku do drugiego człowieka. Pięknie się jednak pisze te słowa, ale proza życia musi się na to przełożyć. Czyli, mamy szanować drugiego, nie poniżać go, wybaczać, gdy nas kopnie i nie odpłacać tym samym. Jest wiele takich uczuć, emocji, które uważamy za coś normalnego, a naprawde są niezgodne z nauką Jezusa. Potrzba postaw, mówiących jak żyć, jak postępować, jak kochać. muśz być nauczyciele, muszą być uczniowie. Gdy ksiądz, rodzic pokaże własnym postępowaniem takie wzorce, nauczy młodzeż, ta młodzież to pszyśli księża, zakonnicy, rodzice, którzy znów będą uczyć następnych itp.

  4. Kryzys wiary jaki obecnie przeżywa świat rozrasta się w zawrotnym tempie. Próby ewangelizacji zatwardziałych serc przynoszą niestety odwrotne skutki. Człowiek ucieka od pouczeń, nie chce słuchać rad, które wymagają od niego zmiany życia. Żyją tak „jak gdyby Boga nie było”. Przykre jest, że częstokroć ludzie wielkiej wiary wstydzą się pokazywać swoją prawdziwą twarz. Boją się wyśmiewania, szyderstw, pytań podszytych ironią. Jest to ogromna strata, gdyż takie świadectwo niejednokrotnie otworzyłoby oczy tym, którzy żyją w niejakim amoku religijnym, z uśpioną wiarą. Wspólnoty, w jakich żyją ludzie wymagają systematyczności. Rozważanie Ewangelii przyniosłoby zrozumienie niektorych aspektów Biblii, być może pozwoliłoby człowiekowi wynieść z Nauki Kościoła Katolickiego kwintesencję wiary ucząc jednocześnie człowieka na nowo rozumieć Boga. Świadkowie wiary są bardzo potrzebni w dzisiejszych czasach. Brakuje namacalnego świadectwa wiary, brakuje autorytetów mogących udzielić prawdziwych odpowiedzi na trudne pytania. I ostatecznie brakuje człowiekowi zapalnika, który podsyciłby w bliźnim „uśpioną” chęć poznania i pójścia drogą Chrystusa, która drzemie w każdym człowieku.

  5. Moim marzeniem jest by pragnieniem każdego katolika była świętość! Myślę, że bardzo często o niej zapominamy. Uważamy, że ona nas absolutnie nie dotyczy. Boimy się jej, żeby a nóż nie wylądować w zakonie czy seminarium… A przecież świętość to ciągłe powstawanie i proszenie o pomoc Boga. To szukanie Go w swojej szarej codzienności. I co ważne! Świętość nie jest równa perfekcjonizmowi!

    Kiedyś pewna siostra zakonna zapytała na rekolekcjach dzieci: „kto chce być świętym?” Na całą rękę podniosła jedna osoba. Może gdyby rozbudzić w nas to pragnienie świętości byłoby o wiele więcej świadków? Może oni po prostu tym jak żyją, bez zbędnych teologicznych definicji, pomagaliby innym zbliżyć się do Boga? Może swoim przykładem będą zastanawiać ateistów czemu żyją tak nie inaczej? Skąd w nich siła ducha, optymizm w chwilach wyjątkowo trudnych? Może swoim życiem zmuszą ich do poszukiwań?

    Magdo, co do naszej wiedzy o Bogu. Będąc ostatnio na rekolekcjach ignacjańskich rozkochałam się rachunku sumienia wg. świętego Ignacego. Jednym z jego punktów jest prośba Boga o światło. Jest ono mi potrzebne, żebym zawsze pamiętała, że nic nigdy nie jest czarne, albo biało. Ono ma oczyszczać mnie z moich własnych wizji Boga. Ma mi pomóc stanąć w Prawdzie. Może dlatego właśnie święci czuli, że wiedzą o Bogu najmniej…?

    TEGO światła i pragnienia świętości nam życzę!

  6. Na poparcie słów z akapitu drugiego, o tym jak ważne jest dla nas świadectwo wiary osób najbliższych: chyba nic mnie tak nie przekonało jakiś rok temu do porządnego rachunku sumienia i szczerej modlitwy, jak spokojne słowa mamy, gdy w złości i smutku wyraziłam przekonanie, że przecież do niczego jestem, itd. Powiedziała tylko dobitnie: „to grzech”. Po chwili byłam już spokojna. Po pierwsze (jak po namyśle zauważyłam), bo wypowiedzała te dwa słowa z głębokim przekonaniem. Po drugie, bo powiedziała tak z troski o mnie. Przejęła się, że się pogubiłam. Nie mówiła o sobie a spontanicznie, więc ja z kolei spojrzałam na nią z szacunkiem, a na siebie z zażenowaniem. Uwierzyłam, że jeśli postaram się być szczera w modlitwie i sięgać po Pismo Święte, gdy tylko nie wiem co dalej, to dam radę się pozbierać. Potem otworzyłam się także na pomoc innych osób i może sama zaczęłam być milsza dla ludzi.
    Poza tym, to nie jest chyba zbieg okoliczności, że spośród znanych mi od dawna osób najlepiej radzą sobie z trudnościami ludzie od dawna szczerze i głeboko wierzący, potrafiący np. wspólnie się modlić, dziękując za dobry dzień albo prosząc o lepsze wzajemne zrozumienie.
    Ilekroć kiedyś zaczynałam lekceważyć którekolwiek z odnoszących się bezpośrednio do mnie wskazywanych przez Kościół zasad postępowania, tylekroć zaskakiwała mnie potem sytuacja stanowiąca przykrą dla mnie konsekwencję.

    Z drugiej strony. Znam też inne osoby – może wciąż poszukujące? Zarzucają one Kościołowi Katolickiemu m.in. zbytni rygoryzm w ocenie ludzkich zachowań. Jeszcze inni podkreślają, że Kościół pełni istotną rolę społeczną, ale nie czują potrzeby uczestnictwa w nabożeństwach, a jeśli biorą w nich czasem udział (przy okazji ślubu albo pogrzebu kogoś z rodziny lub znajomych), patrzą z dystansem, nie zdarza im się usłyszeć niczego, co głebiej by ich poruszyło. Pewien rekolekcjonista kilka lat temu opowiadał, że z przeprowadzanych badań wynikało jakoby nie potrafili uwierzyć w istnienie dobrego Boga m.in. ludzie z rozbitych rodzin. Pasowało by do dwóch znanych mi osób, odnoszących się do wiary innych z dystansem a nawet drwiną. Biorąc jednak pod uwagę częstość występowania obojętności a nawet niechęci wobec Boga albo instytucji Kościoła, przyczyny są zapewne bardziej złożone.

  7. Co do zajęć z apologii o których wspomniała Karolina: A czy my rzeczywiście musimy udowadniać istnienie Boga? Czy rzeczywiście nasza wiara potrzebuje apologii? Czy żeby być człowiekiem wierzącym rzeczywiście potrzeba argumentów „za” wiarą? Obiektywnie niezbitego dowodu na istnienie Boga i tak nigdy nie znajdziemy, i dzięki Bogu. Jeżeli człowiek będzie świadectwem, to wiara obroni się w nim sama. „Potrzebujemy dzisiaj dowodu z człowieka.”

    Wierzącego i niewierzącego różnią tylko poglądy metafizyczne. Wierzący wierzy, że istnieje świat fizyczny i Bóg, a niewierzący przyjmuje na wiarę istnienie jedynie świata fizycznego.

    Istnieje jeszcze różnica pomiędzy wiarą w Boga, a wiedzą o Bogu. Takie moje własne doświadczenie w tej kwestii: wspomniał Ksiądz bardzo ważną rzecz- niektórzy nie wierzą, bo zbyt dużo im się nagadało. Właśnie z tego powodu m.in. odchodzę z pewnej wspólnoty. Mam dość opowiadania o tym jaki Bóg jest piękny, wspaniały, wielki i miłosierny. Często te opowiastki sprawiają wrażenie absolutnej wiedzy o Bogu, która w rzeczywistości zniewala. Zapominając, że to w Człowieku Bóg nam się objawił i to w Człowieku zostało wszystko przebóstwione i Bóg uczłowieczony, nigdy nie będziemy wiernymi naśladowcami Jezusa. Przecież do Niego najbardziej podobni jesteśmy, nie wtedy, kiedy nie grzeszymy, ale wtedy gdy troszczymy się o drugiego człowieka. Zapominając o człowieku, nie nawrócimy go. Nie można troszczyć się o człowieka, bez człowieka.

    Ostatnio zastanawiałam się dlaczego u nas na wydziale jest taki duży odsetek ateistów lub deistów. I może rzeczywiście chodzi o to, że nie chcą w to wkładać wysiłku intelektualnego i fizycznego, ale jest jeszcze jedna ważna sprawa. Powiększając swoją wiedzę na temat Boga, często tracimy wiarę. Nawet studiując teologię na kolanach. Co, jeżeli w pewnym momencie zdamy sobie sprawę, że musimy wstać, bo nie ma przed kim klęczeć?

    Nasza wiara ( nie tylko w Boga, ale przede wszystkim Bogu) jest odpowiedzią na próby i doświadczenia, jeśli się zachwieje to znaczy, że nie była prawdziwa. I wtedy rzeczywiście – lepiej chyba prawdziwie nie-wierzyć, niż wierzyć wiarą ubogą w Prawdę. Tak się zastanawiam co jest gorsze: fałszywa pobożność, czy ignorancja?

  8. Brnięcie w niewiarę, czy nadmierny przesyt wiarą pcha nas w sinusoidę wyparcia się wiary, częstokroć połączonej z antyklerykalizmem, a następnie pokazuje niedosyt duchowości, wyłom w człowieku, który sam sobie zadał tę ranę. Ludzie wbrew pozorom są głodni znaków (http://myslisamoprzylepne.blogspot.com/2009/09/ludzie-godni-znakow.html), ale dialog, dzielenie się wiarą i niewiarą, to dążenie do pewnego spokoju i stabilizacji: człowiek – jest, miłość – jest, zbawienie – jest, Bóg – jest. Bez półśrodków i odcieni.

  9. Zgodzę się z Karoliną… Czy na pewno ludzie nie dadzą sobie wmówić czegoś, co nie ma sensu? Bo niestety jakże często jest tak, że żeby zaprzeczyć jednej rzeczywistości, która nas wkurza, np. Kościołowi, brniemy bezsensownie w drugą, np. postępowanie tak, jakby nasza samowola w dziedzinie moralnej była totalnie bez konsekwencji dla nas i otaczających nas ludzi. Niestety każda ze skrajności zbiera potem obfite żniwo. I tak miotamy się między całkowitą niewiarą, a fanatyzmem religijnym.
    Czego brakuje? Wydaje mi się, że najpierw realnego wsłuchania się w siebie samego, a potem konfrontacji mnie z drugim „ja”. Tylko nie takiej, w której najpierw mówię Ja, a potem mocno zatykam uszy, żeby przypadkiem nie usłyszeć słów krytyki i nie dać się zbić z tropu, ale dokonywanej w prawdziwym dialogu, czyli wymianie poglądów dwóch podmiotów, która owocuje porozumieniem i zbliżeniem swoich punktów widzenia oraz zmianą sposobu bycia (def. dialogu M. Navratila). I nigdy ten właściwie rozumiany dialog nie będzie wyzbyciem się własnego punktu widzenia. Pozwoli on jedynie zweryfikować go, może coś zmienić, w czymś się utwierdzić,a przez to nadać mu głębszy sens i większą wartość.

  10. A czy my rzeczywiście musimy udowadniać istnienie Boga? Czy rzeczywiście nasza wiara potrzebuje apologii? Czy żeby być człowiekiem wierzącym rzeczywiście potrzeba argumentów „za” wiarą? Obiektywnie niezbitego dowodu na istnienie Boga i tak nigdy nie znajdziemy, i dzięki Bogu. Jeżeli człowiek będzie świadectwem, to wiara obroni się w nim sama. „Potrzebujemy dzisiaj dowodu z człowieka.”

    Wierzącego i niewierzącego różnią tylko poglądy metafizyczne. Wierzący wierzy, że istnieje świat fizyczny i Bóg, a niewierzący przyjmuje na wiarę istnienie jedynie świata fizycznego.

    Istnieje jeszcze różnica pomiędzy wiarą w Boga, a wiedzą o Bogu. Takie moje własne doświadczenie w tej kwestii: wspomniał Ksiądz bardzo ważną rzecz- niektórzy nie wierzą, bo zbyt dużo im się nagadało. Właśnie z tego powodu m.in. odchodzę z pewnej wspólnoty. Mam dość opowiadania o tym jaki Bóg jest piękny, wspaniały, wielki i miłosierny. Często te opowiastki sprawiają wrażenie absolutnej wiedzy o Bogu. Problem w tym, że to błąd fundamentalny, bo wtedy człowiek może poczuć się zniewolony przez Boga do poddania się Bogu. Zapominając, że to w Człowieku Bóg nam się objawił i to w Człowieku zostało wszystko przebóstwione i Bóg uczłowieczony, nigdy nie będziemy wiernymi naśladowcami Jezusa. Przecież do Niego najbardziej podobni jesteśmy, nie wtedy, kiedy nie grzeszymy, ale wtedy gdy troszczymy się o drugiego człowieka. Zapominając o człowieku, nie nawrócimy go. Nie można troszczyć się o człowieka, bez człowieka.

    Ostatnio zastanawiałam się dlaczego u nas na wydziale jest taki duży odsetek ateistów lub deistów. I może rzeczywiście chodzi o to, że nie chcą w to wkładać wysiłku intelektualnego i fizycznego, a leniwiec to ma przy nich ADHD, ale jest jeszcze jedna ważna sprawa. Powiększając swoją wiedzę o Bogu, często tracimy wiarę. Nawet studiując teologię na kolanach. Co, jeżeli w pewnym momencie zdamy sobie sprawę, że musimy wstać, bo nie ma przed kim klęczeć? A przecież właśnie chodzi o to, żeby wierzyć Bogu. Nasza wiara jest odpowiedzią na próby i doświadczenia, jeśli się zachwieje to znaczy, że nie była prawdziwa. I wtedy rzeczywiście – lepiej chyba prawdziwie nie-wierzyć, niż wierzyć wiarą ubogą w Prawdę.

  11. Ostatnio dyskutowalam między innymi na podobny temat ze znajomymi. Fakt, nie wystarczy już, by Kościół powiedział: „Tak jest, bo tak jest, a wszyscy, ktorzy tego nie uznają niech będą wyłączeni ze społeczności wiernych” – na szczęście kulejąc, ale jednak – po Soborze Wat. 2. Kościół zaczął szukać również racjonalnych argumentów. Na pewno jest to jakiś postęp, choć niestety moim zdaniem to wciąż za mało. Nawet studia teologiczne – można wymienić co najwyzej 3 przedmioty, które przygotowują studenta do apologii, myślenia i rozmów na ważne tematy dot. Kościoła, reszta stanowi „wykucie się” przyjętych teorii i przymusowe bezkrytyczne ich przyjęcie. Jednocześnie zastanawiam się nad stwierdzeniem: „Człowiek szuka sensu, tylko nie pozwoli już sobie wmówić (i to jest istotna zmiana pokoleniowa!) czegoś co nie jest chlebem, nie będzie udawał pracy, gdy jej nie ma, ani nie rozbierze się w pochmurny dzień, żeby udawać opalanie.” – obawiam się, że jednak wiele osób na różnych płaszczyznach i w różnych aspektach jest skłonna do tego, by ktoś im wmówił jak nie takie, to inne rzeczy.

Możliwość komentowania jest wyłączona.