Bóg się rodzi

Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką. Ujrzał, ale już po chwili pomyślał, że to mu się tylko wydawało. Po kilku dniach miał już gotową teorię naukową, która go uspokoiła – nic się nie stało. Umysł czuwa.

Pasterze mówili nawzajem do siebie: Pójdźmy do Betlejem. No właśnie, pasterze. Zawsze znajdzie się grupa ludzi, którzy bezmyślnie za czymś pójdą, w coś uwierzą. Im bardziej nierealne, tym bardziej przylgną.

I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich. Teraz już nikt nie powinien mieć wątpliwości. Anioły przesądziły o wszystkim. Tu już chyba kończy się granica ludzkiej naiwności.

 

Tak sobie myśleli…

 

Tak myśli wielu. Tak myślałem kiedyś i ja. I pewnego dnia bez wielkiej światłości, bez pasterzy i bez aniołów mogłem Go doświadczyć. W małym listopadowym zdarzeniu. To byłem z pewnością ja i to bez wątpienia był On. Teraz przychodzi zwyczajnie, codziennie, czasem nawet tak, że nie zmąci spokoju, planów, grzechu. A jednak przychodzi. I to jest dla mnie najpiękniejsze Boże Rodzenie się dla mnie.

 

 

Odkryć człowieka w sobie

Jednym z konfliktów będących udziałem człowieka jest napięcie, jakie zachodzi pomiędzy metafizyką a historią. Z jednej bowiem strony nasze myślenie jest naszpikowane treściami, których nie chcemy, nie umiemy, czy wręcz nie mamy czasu ani sprawdzać, ani pogłębiać. Po prostu przyjmujemy je na wiarę. Z drugiej zaś strony mamy historię i to nie tę ponad czy poza nami, ale historię naszego życia. Ta zaś też nie zawsze jest dostatecznie pogłębiana – czasem dlatego, że spodziewamy się wniosków, czasem nie umiemy, nie chcemy… Pokazuje to jednak, że istnieje jeszcze drugie napięcie – nie tylko to pomiędzy metafizyką i historią, ale pomiędzy nami a metafizyką i historią.

                Tymczasem przed nami święta. Słowo stanie się ciałem i zamieszka wśród nas. Można pytać: metafizycznie czy historycznie? Jeśli metafizycznie, to może znajdziemy jeszcze jakiś nowy argument na „dziecko Demiurga”. Jeśli historycznie, to znajdziemy Mu odpowiednie miejsce – najważniejsze, by było poza miastem. Zagwarantujemy nawet dobry dojazd i opiekę. Co jednak dla nas? I tu dotykamy istoty problemu. Słowo stało się człowiekiem. Po co? Może po to, by dać pożywkę kilku soborom a przy okazji herezjom. Może po to, by Bóg znalazł nowe „medium” w dotarciu do człowieka, bo „stare” przestało się sprawdzać. Może wreszcie tak po prostu, bo Bóg nie musi zaspokajać swoich pragnień czy potrzeb, wystarczy, że aktualizuje siebie – raz w metafizyce, innym razem w historii.

                Pytam uparcie: Po co jednak Słowo stało się ciałem? Może i po to, by człowiek stał się człowiekiem. Człowiekiem na miarę człowieczeństwa Boga. Syn Boży przyjął naszą naturę, by ją przemienić. My już mamy naturę. Teraz trzeba nam przyjąć Boga, by tę naturę przemienić, by stać się człowiekiem jak On. Może właśnie to miał na myśli Leon Wielki, kiedy wołał: Poznaj swoją godność chrześcijaninie. Ty ją już masz, ale jakże często nie rozpoznaną, prawie jak metafizyka czy historia. Warto ją chyba przyjąć, nie koniecznie pojąć od razu. Przyjąć to, kim jestem, kim jest On. Przyjąć prawdę, że rodząc się raz chce rodzić się na nowo… jak człowiek. Jak Ty i ja. Może więc warto zrezygnować w tym roku z metafizycznego i historycznego charakteru świąt, i przyjąć po prostu naturę daną przez Boga, tak jak dziecko przyjmuje narodzenie. Gdyby chciało przyjąć je dogłębnie, świadomie, podbudowane intelektualnie, wtedy nie narodziłoby się nigdy… jak człowiek. Świętujmy więc to, że Bóg stał się człowiekiem, że pokazał nie sens metafizyki i historii, ale że ma sens również dla nas rzecz o wiele nam bliższa – Oto człowiek może stać się człowiekiem.