Gramatyka i ortografia to nie wszystko

Niedawno miałem ciekawą wymianę myśli na temat sensu słowa. I bynajmniej nie słowa, lecz sens dyskusji dał mi wiele do myślenia. Byłem w trakcie przygotowywania artykułu na temat teologii moralnej po Veritatis splendor. Te dwie rzeczy pozornie nie mają z sobą nic wspólnego, a jednak. A jednak pozwoliły mi zrozumieć jak bardzo nasze pokolenie postawiło na użytkową stronę języka, jak bardzo nie rozumiemy i nie chcemy rozumieć drugich.

                W literaturze teologicznej znane jest pojęcie „grammaire chrétienne”. Chodzi o to, że posługujemy się słowami, które tylko z pozoru pokazują, że coś rozumiemy. W rzeczywistości prowadzimy egzystencję synonimiczną. Rozwijamy hybrydację znaczeń, nie siląc się na dociekanie sensu, który ostatecznie prowadzi do jedności. Komunikujemy nie prowadząc do komunii, właściwie komunikatujemy. A komunikatowanie prowadzi tylko do procesualizacji życia i właściwie tworzymy błędne koło dające pole do słownych popisów. W jednym z dokumentów Kościoła czytamy, że jedynym lekarstwem na hermeneutykę filozoficzną jest hermeneutyka metafizyczna. Taka, która przecina koło i sprawia, że dalsze mnożenie znaczeń bez uchwycenia sensu nie służyłoby niczemu.

                Po co o tym piszę? Piszę dlatego, że jednak w tym bezsensie jest sens. Ten bezsens przygotowuje do odkrycia sensu. W tym wyraża się różnica pomiędzy bez-sensem a non-sensem. My świadomie nie mówimy bez-sensu, lecz pozbawiamy słowa ich prawdziwego sensu tworząc non-sensy. Może warto byłoby wrócić do tego, o czym pisze papież w Fides et ratio i spróbować odkryć nie gramatyczno-ortograficzny, lecz mądrościowy sens i cel życia.