Jak będziemy zwalczać przemoc?

Nikogo nie trzeba przekonywać, że wokół nas mnożą się postawy agresywne, nacechowane przemocą. Obserwujemy to w relacjach rodzinnych, zawodowych i społecznych. Wszelkie próby zwalczania tego typu postaw muszą więc znaleźć aprobatę u każdego myślącego człowieka.

Jest jednak pewien problem. Cel nie uświęca środków. Polska stoi przed ratyfikacją jednego ze sposobów zwalczania przemocy (cel słuszny), jakim jest Konwencja Rady Europy z 2011 roku (środek wątpliwy).

http://www.europapraw.org/files/2011/10/konwencja_PL.pdf

Dlaczego ten środek jest wątpliwy? 11 maja 2011 roku w Stambule przyjęto Konwencję Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Ważny jest jednak „szczegół” tej konwencji definiujący płeć. Zrezygnowano z definicji biologicznej na rzecz społecznej. W nowym wydaniu płeć to skonstruowane role, zachowania, działania i cechy, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn. Jeśli więc ktoś urodził się kobietą (rozumiem, że jest to przemoc biologiczna), można ten przejaw przemocy zwalczyć nadając społecznie nowe cechy tej „dotkniętej przemocą” osobie.

Przyznam, że trudno mi nawet komentować tę propozycję. Obawiam się tylko, by nasz rząd nie ratyfikował czegoś bez należytego namysłu, jak zrobiono to chociażby z ACTA. W tym zaś wypadku wydaje się to jeszcze bardziej istotne i niebezpieczne.

Nie trudno też zauważyć, że propozycja ta wpisuje się w samo centrum rewolucji genderowej, o której pisałem jakiś czas temu.

http://www.jaroslawsobkowiak.pl/wp-content/uploads/2009/03/30-gender-a-nowy-porzadek-moralny.pdf

Nie zawsze propozycje teologiczne powinny czekać!

Jak podaje „Rzeczpospolita”, będzie coraz trudniej o ślub kościelny.

http://www.rp.pl/artykul/20,834372-O-slub-bedzie-troche-trudniej.html

Nie jest dla mnie zaskoczeniem ani jedno stwierdzenie padające na łamach „Rzeczpospolitej”.  Smutna to jednak pociecha. Smutna, ponieważ kilka lat temu ogłosiłem artykuł na temat zagrożeń małżeństwa i rodziny. Artykuł został opublikowany w 2004 roku, a badania poprzedzające jego napisane pochodzą już z lat 90. XX wieku. Czy więc na zauważenie pewnych propozycji teologicznych trzeba czekać aż tak długo? Moim zdaniem, teologom i duszpasterzom potrzeba dwóch rzeczy: wzajemnego dialogu oraz odwagi. Może też świadomości, że nie zawsze propozcyje teologiczne powinny czekać, nawet jeśli są zgłaszane przez „ukswordzkich” teologów.

Poniżej przywołuję kilka akapitów z artykułu sprzed ośmiu lat:

Prośba wyrażona przez osoby proszące o ślub kościelny z ich punktu widzenia jest prosta: „wziąć ślub w Kościele”. Natomiast wśród proszących można znaleźć zarówno takich, którzy prowadzą dojrzałe życie sakramentalne, jak i tych, których przynależność do Kościoła jest bardzo zróżnicowana – od czytających prasę katolicką, po tych, którzy realizują minimum przykazań kościelnych. Ci ostatni niejednokrotnie proszą Kościół wyłącznie o pewną „usługę”.

Dlaczego więc uświadomienie sobie tych różnic jest tak ważne? Przede wszystkim dlatego, że wspomniany dystans stanowi integralną część tzw. „sytuacji sakramentalnej”. Zadaniem kapłana nie jest bowiem doprowadzenie za wszelką cenę proszących do ołtarza, lecz swoisty sprawdzian ich dojrzałości sakramentalnej, uświadomienie im potrzeby takiej dojrzałości. To, co w tej sytuacji jest również istotne, to fakt, że mówiąc o sakramencie należy brać pod uwagę nie tylko aktualną prośbę narzeczonych, ale również ich przeszłość, drogę wiary, jaką przebyli oraz ich plany na przyszłość, szczególnie te dotyczące małżeństwa i rodziny. (s. 6-7).

Czy można powiedzieć, że jeśli nie ma wiary to jednocześnie niemożliwy jest sakrament, czy też wybrać pewien automatyzm zakładający, że jeżeli osoba przyjęła chrzest, to z konieczności jedyny związek małżeński, jaki jest możliwy to związek sakramentalny? Odpowiedź można znaleźć w wypowiedzi Międzynarodowej Komisji Teologicznej na temat roli intencji w sakramencie małżeństwa. Stwierdza ona, że do ważności małżeństwa potrzebny jest chrzest i bezpośrednio wyrażona wiara. Jeśli zaś zauważa się bezpośrednie odrzucenie wiary (nawet po przyjęciu chrztu) przy jednoczesnym braku akceptacji takiego rozumienia sakramentu, jaki jest proponowany przez Kościół, oznacza to, że małżeństwo nawet gdyby było celebrowane w Kościele nie może być uznane za ważne. (s. 13).

Pełny tekst artykułu:

http://www.jaroslawsobkowiak.pl/wp-content/uploads/2011/11/11-Wspolczesne-zagrozenia-rodziny_z-opisem-bibl.pdf

Żyjmy „jakby Bóg był” – debata

Różne lektury różnie nas inspirują (wiedział już o tym św. Ignacy Loyola). Jedne dają chwilowe zadowolenie i spokój, inne przeciwnie – prowokują i nie pozwalają zasnąć. Dla św. Ignacego pobożna lektura pozostawiała pokój nawet po jej skończeniu. Jestem właśnie po lekturze kilku pozycji książkowych na temat roli Boga w życiu człowieka i nie bardzo odnajduję spokój, a jeśli nawet jest, to nie jest on na pewno święty.

Ale do rzeczy. Wiemy, co oznaczało zakłopotanie wielu myślicieli chrześcijańskich wyrażone w słynnym stwierdzeniu „jakby Bóg nie istniał”. Chodziło o ludzi, którzy układają swoje życie moralne bez Boga. Ale coraz częściej, także wśród teologów, pojawia się inne pytanie: jeśli człowiek nie wierzy, czy nie miałoby sensu ułożenie sobie życia tak „jak gdyby Bóg istniał”?

Skąd we mnie niepokój? Bo jeśli ktoś wierzy i układa sobie życie z Bogiem, jest to logiczna konsekwencja. Jeśli ktoś nie wierzy w Boga i układa sobie życie jak gdyby Boga nie było, to też jest to logiczna konsekwencja. Co zaś może oznaczać, że ktoś nie będzie uznawał Boga (nie chodzi o fakt Jego istnienia, lecz o rzeczywistą nieobecność w argumentacji i motywach działania człowieka), będzie zaś próbował żyć jak gdyby Bóg był? Czy to nie jest jakaś logiczna niekonsekwencja?

Wyobraźmy sobie świat wartości, do którego człowiek się odwołuje – wartości nazywanych chrześcijańskimi. Możemy zgodzić się, że większość z nich to wartości ogólnoludzkie, wpisane w rozumną naturę człowieka. Ale jeśli rozum wystarczy do odkrycia tych wartości, to po co w ogóle szukać Boga? A jeśli trzeba go szukać, to należy jasno powiedzieć, że wartości ogólnoludzkie są tylko namiastką prawdziwych wartości.

Co zatem zaproponować: Słabość wartości ogólnoludzkich i konieczność ewangelizacji współczesnego człowieka, czy też zgodzić się na to, że jeśli wartości chrześcijańskie będą realizowane przez niewierzących (jak gdyby Bóg był) to już w zasadzie wystarczy?

Przyznam, że życie wiarą bez wiary nie bardzo mnie przekonuje. To trochę przypomina udawanie bogatego przez biedaka.

I wreszcie fundamentalne pytanie o punkt wyjścia. Czy najpierw jest wiara, z której rodzi się działanie, czy też odwrotnie, najpierw jest życie „po Bożemu”, nawet bez wiary, a wiara zrodzi się sama? Rozumiem, a w gruncie rzeczy nie rozumiem. Kłóci się to we mnie. Spieram się z takimi propozycjami. I do tego wewnętrznego sporu z samym sobą moich Czytelników zapraszam.