Święto Niepodległości

(wybór z przemówień Jana Pawła II)

11 listopada zawieszenie broni przyniosło naszemu narodowi od dawna oczekiwane wyzwolenie spod zaborów. Ten akt dziejowej sprawiedliwości nie był tylko skutkiem sprzyjającej sytuacji politycznej w ówczesnej Europie, był to nade wszystko owoc wytrwałego zmagania całego narodu o zachowanie tożsamości i duchowej wolności.

Wszystkie te wysiłki ojcowie nasi opierali na nadziei, płynącej z głębokiej wiary w pomoc Boga, który jest Panem dziejów ludzi i narodów.

Po długich latach braku pełnej suwerenności państwa i autentycznego życia publicznego, nie jest rzeczą łatwą tworzenie nowego, demokratycznego ładu i porządku instytucjonalnego. Pamięć o moralnych przesłaniach «Solidarności», a także o naszych, jakże często tragicznych doświadczeniach historycznych, winna dziś oddziaływać w większym stopniu na jakość polskiego życia zbiorowego, na styl uprawiania polityki czy jakiejkolwiek działalności publicznej, zwłaszcza takiej, która jest sprawowana na mocy społecznego wyboru i zaufania.

Służba narodowi musi być zawsze ukierunkowana na dobro wspólne, które zabezpiecza dobro każdego obywatela. W szczególny jednak sposób ta troska o dobro wspólne jest wymagana w dziedzinie polityki. Mam tu na myśli tych, którzy oddają się całkowicie działalności politycznej, jak i poszczególnych obywateli. Wykonywanie władzy politycznej czy to we wspólnocie, czy to w instytucjach reprezentujących państwo powinno być ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych, czy grupowych korzyści z pominięciem dobra wspólnego całego narodu.

Wyzwania stojące przed demokratycznym państwem domagają się solidarnej współpracy wszystkich ludzi dobrej woli – niezależnie od opcji politycznej czy światopoglądu, którzy pragną razem tworzyć wspólne dobro Ojczyzny. Szanując właściwą życiu wspólnoty politycznej autonomię, trzeba pamiętać jednocześnie o tym, że nie może być ona rozumiana jako niezależność od zasad etycznych.

Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki» Wierność korzeniom nie oznacza mechanicznego kopiowania wzorów z przeszłości. Wierność korzeniom jest zawsze twórcza, gotowa do pójścia w głąb, otwarta na nowe wyzwania, wrażliwa na «znaki czasu». Wyraża się ona także w trosce o rozwój rodzimej kultury, w której wątek chrześcijański obecny był od samego początku. Wierność korzeniom oznacza nade wszystko umiejętność budowania organicznej więzi między odwiecznymi wartościami, które tyle razy sprawdziły się w historii, a wyzwaniami świata współczesnego, między wiarą a kulturą, między Ewangelią a życiem.

Jaką drogą pójdziemy? Każdy człowiek wierzący jest w jakiś sposób odpowiedzialny za kształt życia społecznego. Chrześcijanin żyjący wiarą, żyjący Eucharystią, jest wezwany do budowania przyszłości własnej i swego narodu — przyszłości opartej na mocnych fundamentach Ewangelii. Nie lękajcie się zatem brać odpowiedzialności za życie społeczne w naszej Ojczyźnie. To jest wielkie zadanie, jakie stoi przed człowiekiem: pójść odważnie do świata; kłaść podwaliny pod przyszłość, by była ona czasem poszanowania człowieka, by była otwarta na Dobrą Nowinę! Czyńcie to w jednomyślności, która wyrasta z miłości do człowieka oraz z umiłowania Ojczyzny.

Nasza Ojczyzna stoi dzisiaj przed wieloma trudnymi problemami społecznymi, gospodarczymi, także politycznymi. Trzeba je rozwiązywać mądrze i wytrwale. Jednak najbardziej podstawowym problemem pozostaje sprawa ładu moralnego. Ten ład jest fundamentem życia każdego człowieka i każdego społeczeństwa. Dlatego Polska woła dzisiaj nade wszystko o ludzi sumienia! Być człowiekiem sumienia, to znaczy przede wszystkim w każdej sytuacji swojego sumienia słuchać i jego głosu w sobie nie zagłuszać, choć jest on nieraz trudny i wymagający; to znaczy angażować się w dobro i pomnażać je w sobie i wokół siebie, a także nie godzić się nigdy na zło. Być człowiekiem sumienia, to znaczy wymagać od siebie, podnosić się z własnych upadków, ciągle na nowo się nawracać. Być człowiekiem sumienia, to znaczy angażować się w budowanie królestwa Bożego: królestwa prawdy i życia, sprawiedliwości, miłości i pokoju, w naszych rodzinach, w społecznościach, w których żyjemy, i w całej Ojczyźnie; to znaczy także podejmować odważnie odpowiedzialność za sprawy publiczne; troszczyć się o dobro wspólne, nie zamykać oczu na biedy i potrzeby bliźnich, w duchu ewangelicznej solidarności:

„Czy może historia płynąć przeciw prądowi sumień?” Za jaką cenę „może”? Właśnie: za jaką cenę?…

15 sierpnia 2009

  • 15 sierpnia 1920 – Polski tryumf w „osiemnastej – decydującej bitwie w dziejach świata”
  • 15 sierpnia 1939 – trzeci dzień mobilizacji w Polsce
  • W wigilię 15 sierpnia 1940 – odszedł z Pawiaka pierwszy transport więźniów do Auschwitz
  • W wigilię 15 sierpnia 1941 – w bunkrze głodowym w Oświęcimiu zmarł Maksymilian Maria Kolbe
  • Po 15 sierpnia 1943 – bunt w getcie w Białymstoku
  • 15 sierpnia 1944 – mija drugi tydzień Powstania Warszawskiego
  • Dnia następnego po 15 sierpnia 1946 – I Festiwal Chopinowski
  • Sierpień 1976 – po wyroku „ursuskim” i „radomskim” powstanie „Listu 13”
  • Wigilia 15 sierpnia 1980 – robotnicy Stoczni Gdańskiej rozpoczęli strajk

/…/ Można by jeszcze długo wyliczać…

Sierpień dla Polski i Polaków jest szczególny.

  • Wigilia 15 sierpnia i Uroczystość Wniebowzięcia 2009 – ???

Przepraszam, ale w tym wpisie nie będzie możliwości komentarza – pomyślmy w ciszy. W zgiełku, po każdej ze stron, mówi się słowa niepotrzebne.

Warszawa – miasto bez ducha?

Jeżdżąc po Polsce można wielokrotnie doświadczyć „braku miłości” do Warszawy. Mówi się często o niej jako mieście bez ducha. Trochę w tym prawdy. Wystarczy spędzić kilka chwil w kawiarni w Krakowie i w Warszawie, żeby zrozumieć co inni mają na myśli. W krakowskich kawiarniach ludzie się spotykają by odpocząć od pracy, budować przyjaźnie, rozmawiać o życiu. Warszawskie są przedłużeniem życia biznesu, dalszych ciągiem załatwiania spraw, udawania jak się jest ważnym.

Miasto bez ducha, bez jasno określonej tożsamości, czego wyrazem jest chociażby niemożność dania odpowiedzi na pytanie turysty o centrum Warszawy.

65 lat temu nie było tego problemu. Każdy znał swoje miejsce, bo je miał. Nie czas spierać się o to, kiedy Warszawa była piękniejsza – wtedy czy teraz. Jedno jest pewne: wtedy przechowywała swoje piękno w sercach tych, którzy tu mieszkali. Kiedy oddawali swoje życie w powstaniu nie mieli wątpliwości, że to ich miasto, które trzeba ocalić. Nie zadawali sobie wtedy pytań powtarzanych dzisiaj przez samozwańczych proroków, czy powstanie miało sens? Sens nosili w sobie, a ktoś chciał ich tego sensu pozbawić. I to wystarczyło by walczyć.

Warszawa dzisiaj. Miasto przypomina peerelowską mozaikę, tandetną, pełną blichtru i nie pasujących do siebie elementów całości. Przypadkowy zlepek szklanych domów i biedy ulic, w które nikt się nie zapuszcza. Bo w tym mieście coraz częściej już się tylko żyje, robi kariery, leczy kompleksy, ale nie żyje się tym miastem. Archiwizuje się jeszcze przeszłość, bo na niej też można zarobić. Ale czy można mówić o mieście, że ma ducha, jeśli historię pisze się tylko dla turystów?

Już za kilka chwil, wspominając Godzinę „W” niektórzy odnajdą jeszcze w pamięci strzępy wspomnień ze swoich dzielnic. Dla mnie szczególnie bliskie jest miejsce w którym mieszkam. Wróci wspomnienie Cytadeli, Dworca Gdańskiego, Powązek czy dawnej Szkoły Gazowej przy Gdańskiej 6. Wróci bliski sercu człowiek, ks. płk. Zygmunt Truszyński MIC, ps. „Alkazar”. I kiedy ucichnie głos syren i zamilkną dzwony pozostanie dręczące pytanie: czy serce tego miasta bije już tylko w jego dzwonach?