Mamy oczy i uszy… Tylko po co?

Trudno być niewidomym i głuchym. I nawet jeśli stworzymy świat tolerancji i bez barier, nie potrafimy zmienić jednego – znieść bariery braku pełnych przeżyć i doznań. Gdyby tym ludziom przywrócić wzrok i słuch, jak wielka byłaby radość w niejednym życiu.

Podobnie dzieje się w życiu duchowym. Ilu młodych, wspaniałych ludzi nie widzi działania Boga w ich życiu. Ilu mając wspaniały słuch nie usłyszało Boga. Ilu mając zdolności oratorskie nie odważyło się powiedzieć coś Bogu.

Mamy oczy i nie widzimy, uszy i nie słyszymy, bo jesteśmy zamknięci w kręgu własnych schematów i oczekiwań. Wielu z nas miało zapewne doświadczenie czekania na jakiś prezent. I kiedy przyszedł moment obdarowania, pomimo otrzymania wielu prezentów nie doświadczyliśmy radości obdarowania. Nie doświadczyliśmy, bo nie znaleźliśmy prezentu oczekiwanego.

Otworzyć oczy i uszy na to co niesie życie, co niesie wiara, z czym przychodzi do nas drugi człowiek. Może dlatego mówimy, że nie ma cudów, bo cud przekracza naturę naszych oczekiwań. I chociaż mamy oczy, uszy i wymowny język, ciągle pozostajemy w świecie barier podtrzymywanych oczekiwaniem tylko tego, czego się spodziewamy.

Przedziwna czy uczciwa wymiana?

Niedziela dla wierzących jest dniem, który w pierwszym rzędzie kojarzy się z Eucharystią. Jedno z piękniejszych określeń to „przedziwna wymiana”. Na czym polega ów przedziwny charakter tej wymiany? Na tym, że my dajemy nasz chleb, owoc naszej pracy, natomiast otrzymujemy Ciało Chrystusa, niebieski chleb, owoc pracy Boga. Ale przecież nie o bazar tu chodzi i nie o wymianę czegoś za coś. Chodzi bardziej o nastawienie.

Dajemy chleb, który jest owocem naszej pracy. A jaka jest nasza praca – ta zawodowa, praca nad relacjami w rodzinie, praca nad sobą? Czy kupujemy chleb za prane pieniądze, czy kupujemy go za uczciwą pracę? Dlaczego to jest tak ważne? Bo zdobywaniu chleba towarzyszy pewne nasze nastawienie, otwartość, gotowość do poświęcenia i wyrzeczeń. Wypracowując nasz chleb, jednocześnie wypracowujemy w sobie określoną postawę. A ta postawa jest ważna, by przyjąć chleb od drugiego.

Eucharystia – tym samym sercem, którym daję, tym samym przyjmuję. Rodzina – tym samym sercem, którym kocham, tym samym sercem przyjmuję miłość.

Przedziwna wymiana. Bo jeśli oszukam w dawaniu, życie oszuka mnie w przyjmowaniu.

Dialog potrzebuje czasu

Kiedy padają takie słowa jak misja czy nauczanie, wtedy od razu przychodzi nam do głowy obowiązek mówienia i przekonywania. Niestety jest to najgorsza opcja, gdyby przyjąć ją w dialogu. Dialog odbywa się zawsze w jakimś celu, w imię czegoś, dla czyjegoś dobra. Jest to „roz-mowa”, bo bez niej nie ma „mowy” o dialogu. Ale dialogu do konwersacji sprowadzić nie można.

To właśnie dlatego dialog potrzebuje czasu. Nie tylko po to, żeby coś powiedzieć, ale przede wszystkim po to, aby coś usłyszeć. Dialog potrzebuje również czasu, aby człowiek odpowiedział sobie na pytanie, czy w ogóle wchodzi w dialog po to, żeby kogokolwiek usłyszeć. Zbyt często dialog rozumie się jako kolejny obszar „promocji własnych myśli”. Nie rozumie się jego sensu, a podejmuje się go wyłącznie w imię skuteczności. To właśnie w imię tej skuteczności dialog staje się elementem dyktatu. W takim przypadku dialog służy wyłącznie załatwianiu własnych spraw, nierzadko spraw trudnych, których nie umiemy zapomnieć, przebaczyć. Wtedy staje się on „dialogiem odwetu”.

W rozmowie z Bogiem uczymy się rozmowy z człowiekiem i odwrotnie. To dlatego tak ważna jest w niej pokora, bez której nie odkryjemy nic poza własnymi pragnieniami, emocjami. Dajmy sobie czas, by mądrze „przekonywać” Boga, by w otwartości wychodzić do człowieka. Dialog – jak ziarno – potrzebuje czasu. I źle się dzieje, jeśli rozpoczynamy od żniw.