Przymus wewnętrzny

Myślę, że każdy doświadczył w życiu przymusu powiedzenia czegoś głośno. Rodzi się to w człowieku przez dłuższy czas, próbuje się to pomijać, bagatelizować. Jednak po dłuższym czasie człowiek staje przed wyborem: albo to z siebie wyrzuci, albo pęknie. Żeby więc nie pękać w sobie, pękam publicznie. Zmusiło mnie do tego nasze życie społeczno-polityczne. Dzielę się więc czterema pęknięciami.

Pęknięcie I: Występowanie problematyki in vitro w czasie. In vitro jest młodszą siostrą aborcji. Przyzwyczajono nas do tego, że problematyka aborcji pojawia się jako istotny punkt kampanii wyborczych. Pytamy wtedy, czy kandydat na prezydenta jest za czy przeciw aborcji. Nie zauważamy nawet, że zaczynamy to kryterium stosować konsekwentnie do wszelkich kandydatów: na ministra transportu, infrastruktury… Nie chodzi o to, by w głowie nie mieć jasnego schematu, że człowiek opowiadający się za życiem jest mi bliższy, niż zwolennik aborcji. To jest dla mnie oczywiste, ale w wymiarze moralnym. Najczęściej jednak w debacie nie ma już czasu na postawienie pytania, czy kandydat na ministra transportu czy infrastruktury zna się choć trochę na swoim sektorze. Dlaczego więc uważam, że in vitro w politycznym wydaniu jest młodszą siostrą aborcji. Bo zaczyna pojawiać się wtedy, kiedy w polityce dzieje się źle. W politycznym wydaniu przestaje ono oznaczać in vitro (na szkle), a zaczyna być sub vitrum (pod szkłem) – polityczny odpowiednik „pod dywan”. Próbuje się nim zakryć wiele innych problemów życia społecznego, niestety wciągając w to uczciwych obrońców życia, którzy wierząc w szczerość intencji drugiej strony, czują się wezwani do debaty. Problem zaś politycznie skończy się kompromisem, podobnie jak przed laty debata na temat aborcji. Żal tylko tych, którzy wierząc w uczciwość debaty publicznej, oddają całe swoje siły wierząc, że jest to ciągle debata przeddecyzyjna.

Pęknięcie II: Występowanie orzeczeń sądów i trybunałów w czasie. Oczywiście nie przeczę, że polskie sądownictwo jest niezawisłe. Takie stwierdzenie zakończyłoby się w niezawisłym sądzie. Pozostał mi jeszcze zdrowy rozsądek. Mam na myśli wyłącznie czasowe występowanie pewnych wyroków i orzeczeń. Dziwnie zbiegają się z wydarzeniami politycznymi. Ot, choćby drobiazg złego zaksięgowania pieniędzy na wybory przez PSL. Oczywiście jest to czysty przypadek. Problem tylko w tym, że ja jestem już po lekturze „filozofii przypadku”.

Pęknięcie III: Radykalizm w piętnowaniu nadużyć. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to trend ostatnich lat. Rosja przegrywa Euro 2012, trener na ostrej rozmowie z Putinem (przez chwilę zawahałem się czy jest on prezydentem czy premierem, ale to w sumie obojętne). Nasz premier (i tu jestem pewny stanowiska) ostro rozprawia się z nadużyciami, sam przejmując zaniedbane sektory. Dawno temu, kiedy studiowałem zarządzanie, uczono nas, że jedyny w firmie, który nie powinien ciężko pracować to szef. Szefowi płaci się za myślenie, za ogarnianie pracy innych, wytyczanie celów. Szef, który bawi się w p.o. ministra rolnictwa (zaznaczam, skrót z kropkami i bez aluzji), nie może właściwie sprawować funkcji nadzorczej względem tego resortu (zasada prawa rzymskiego: nikt nie jest sędzią we własnej sprawie). Zatem, jeśli premier, który powinien ostro i zdecydowanie doprowadzać do ujawniania i wyjaśniania nieprawidłowości w jednym z podległych resortów, bawi się w p.o. ministra, pokazuje tylko, że gra jest pod publikę i mnie absolutnie nie przekonuje. Taktykę oczywiście rozumiem – nikt z PSL nie zarzuci PO, że przejęła resort.

Pęknięcie IV: Walka z nadużyciami i korupcją. Jedna z teorii filozoficznych dotyczących bytu mówi, że lepsze jest coś niż nic. Wie to każdy polityk. Kiedy obserwuję jednego z liderów nowej partii (skądinąd filozofa), który zapowiada bezpardonową walkę z korupcją, rodzi się we mnie pytanie: czy nie zna on jeszcze tej filozoficznej zasady, czy też jeszcze nie ma możliwości wcielić jej w życie?

I na koniec trochę wakacyjnie (zatem lekko). Otrzymałem dzisiaj zdjęcie przedstawiające plany metra czterech miast: Londyn, Paryż, Nowy Jork, Warszawa. Na trzech pierwszych planach aż roi się od przecinających się linii. Plan metra w Warszawie jest prosty jak prosta. Pocieszyłem więc nadawcę, że patronem naszego metra jest św. Jan Chrzciciel („prostujcie ścieżki…”). W Warszawie dotyczy to również metra. Ktoś powie, że przecież buduje się już drugą linię. Pocieszam więc: ciągle wpisujemy się w plan krzyża. Ważne tylko, byśmy już dalej nie gmatwali ścieżek.

Autor

Jarosław A. Sobkowiak

Nauczyciel akademicki. Zakres badań: antropologia i aksjologia kultury, etyka, hermeneutyka filozoficzna i teologiczna, moralność w aspekcie "intellectus fidei".

Jedna myśl do “Przymus wewnętrzny”

  1. Ostatnio byłem na ciekawej dyskusji poświęconej „Generałowi Barczowi” Kadena-Bandrowskiego a szczególnie metafizyki państwa jaka się z niego wyłania. Pierwszym uderzającym w umysł hasłem było, że odzyskanie niepodległości to „radość z odzyskanego śmietnika”. Radość dlatego, bo teraz można je ująć „w ramy”.
    Ten śmietnik to nie tylko ruina kraju, ale przede wszystkim chaos instytucjonalny. Co więcej, ten śmietnik nie jest czymś, co można posprzątać i zostawić. Zgodnie z prawem entropii wszystko pozostawione samo sobie ulega degradacji. Państwa nie da się zbudować raz. Je trzeba CHCIEĆ budować codziennie. „Chcieć” jest tu bardzo ważnym słowem. Dla autora oczywiste jest, że to wola wyprzedza rozum. Jej personifikacją w książce jest właśnie Generał Barcz. Ale wola bez rozumu nie potrafi nic. Stąd postać majora Pycia, człowieka tajnych służb, zawodowca, wykonującego trudne i niekiedy brutalne zadania, ale zawsze kierującym się dobrem państwa. I chyba tu jest problem. Nie mamy ani Barcza ani Pycia. Zamiast generałów mamy owych „sterników” a zamiast zawodowców „mediantów”. I dlatego właśnie zamiast instytucji „towarzystwa” a zamiast procedur „układy”. A w dalszej kolejności zamiast COPu nawet nie ma autostrad.

Możliwość komentowania jest wyłączona.