Przyjąć, by pojąć czy pojąć, by przyjąć

Mam w pamięci słowa wielkiego teologa Hansa Ursa von Balthasara, który napisał kiedyś, iż w odniesieniu do Boga najpierw trzeba przyjąć, a dopiero później pojąć, a właściwie nieustannie pojmować, wierząc, że jest On tajemnicą. Piękna postawa wobec Boga. Czy jednak jest ona właściwa w odniesieniu do wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu?

Ostatnie wydarzenia w życiu politycznym, jak i kościelnym, postawiły nas wobec alternatywy przywołanej w tytule. Czy jednak człowiek ma prawo wymagać od człowieka przyjęcia zdarzeń, których on nie pojmuje? Czy nie nadużywamy zaufania należnego Bogu do zwyczajnych, ludzkich i przyziemnych spraw? Czy nie rozszerzamy perspektywy wymagającej zaufania w wierze na sektory, które z wiarą mają niewiele wspólnego?

Po ludzku wielu z wydarzeń minionych dni po prostu nie rozumiem i nie akceptuję. Nie oznacza to jednak, że wypaliło się we mnie zaufanie do Boga. Oznacza to tylko, że zostało nadużyte moje zaufanie do człowieka. I właśnie dlatego najpierw chcę poznać, by przyjąć, inaczej nie przyjmę za swoje tego, co się stało. I mam do tego pełne prawo.

Autor

Jarosław A. Sobkowiak

Nauczyciel akademicki. Zakres badań: antropologia i aksjologia kultury, etyka, hermeneutyka filozoficzna i teologiczna, moralność w aspekcie "intellectus fidei".