Pomysł autorski ®: nazywam się… (ACTA ciąg dalszy)

Tak właśnie rozpoczynamy naukę języka obcego. Uczymy się tego, czego nie znamy, rozpoczynając od tego co znane: nazywam się… To sposób na podkreślenie swojej odrębności, tożsamości. Kiedy coś mówię, mówię to ja. Nie mówi się, nie pisze się.

Zauważyłem to kiedyś na swojej stronie. Kiedy nie wymagałem podania pewnych danych (oczywiście minimalnych, ale przecież imię i nazwisko to nie są sprawy wstydliwe ani nazbyt intymne), pojawiała się masa różnych komentarzy. Po czasie zaczęło się dziać podobnie jak na wielu forach internetowych. Każdy mówił co chciał, nie dobierając słów. Wtedy napisałem felieton o znaczeniu mowy, która nie jest prostym wyrazem treści żołądkowej.

Tożsamość. Może to jest właściwy filtr godzący wolność słowa z odpowiedzialnością za nie. To takie proste: imię i nazwisko. Wtedy automatycznie zaczynam odpowiadać za wypowiadane słowa, nawet jeśli kogoś obrażam, mam świadomość odpowiedzialności.

A jeśli ktoś miałby wiele do powiedzenia, ale nie chciał się przyznać do własnej tożsamości? Niestety, nie masz imienia i nazwiska? – twoje poglądy mnie nie interesują.

W taki właśnie sposób zgłaszam autorski pomysł na wolność słowa w Internecie.

Jarosław A. Sobkowiak

PS Dziękuję Wszystkim, którzy mają odwagę podpisywać się pod komentarzami.

 

Autor

Jarosław A. Sobkowiak

Nauczyciel akademicki. Zakres badań: antropologia i aksjologia kultury, etyka, hermeneutyka filozoficzna i teologiczna, moralność w aspekcie "intellectus fidei".

14 myśli do „Pomysł autorski ®: nazywam się… (ACTA ciąg dalszy)”

  1. A gdyby tak na UKSW reaktywować „podmiot w komunikacji” w perspektywie rozwoju mediów…

  2. Ja zdecydowanie zgadzam się z tym, że nie wolno ukrywać tożsamości pod przykrywką ochrony swojego imienia. Wolność musi łączyć się z odpowiedzialnością. Jeśli wypowiadamy swoje zdanie musimy być gotowi przyjąć i reakcję na nie. Nawet jeśli za wolność naszej wypowiedzi przyjdzie nam słono zapłacić nie możemy wyrzec się siebie i swoich poglądów, ponieważ one nas określają, są częścią naszego „ja”. A zarówno anonimowość jak lub „chowanie się” za nickiem jest niczym innym jak tylko tchórzostwem. Wymóg choćby minimalnych danych – dyskryminacją? Zdecydowanie się nie zgadzam.
    Nie oznacza to jednak, że nie mamy prawa do prywatności, dlatego często pewne dane (także i na tym forum) podlegają zastrzeżeniu – np. tylko do informacji ściśle określonych podmiotów.

  3. „Robimy człowiekowi krzywdę mówiąc jak jest słaby.” – trudno o lepsze określenie nowej koncepcji człowieka. To, co aktualnie obserwuję, trudno nawet nazwać relatywizmem, bo dalece wykracza to poza klasyczną jego definicję.

    Nawet pomijając dialog w mniejszej lub większej grupie, nawet zestawiając człowieka samego ze sobą okazuje się, że trzeba przyjąć radykalizm: „człowiekiem się jest, kiedy chce się nim być”. Mam na myśli oczywiście coś więcej niż kategorię biologiczną.

    Współczesna kultura odmawia człowiekowi popełniania błędów i wyciągania z nich wniosków. Nie mówi się o grzechach i ich konsekwencjach, mówi się o „pomyłkach”, „przypadkach”, „naturalnych namiętnościach, z którymi nie ma sensu walczyć” i oczywiście o zaściankowej wierze.

    Nie mówi się o przegranej, wręcza się tzw. nagrody pocieszenia. Cała ta kultura bez-karności doprowadziła do zacierania się wszelkich różnic, także tych płciowych. Proszę zwrócić uwagę na to, że rewolucja seksualna i przetasowanie ról społecznych doprowadziło do tego, że część mężczyzn nie wie, jak odnaleźć się we współczesnym świecie (polecam tu np. „Przemiany intymności” Anthony’ego Giddens’a).

    O zacieraniu się tych granic można również mówić w internecie, czy dowolnej innej przestrzeni dialogu, która pozwala przynajmniej na pozorną anonimowość. „Anonimowy” informator powie dziennikarzowi więcej – co nie znaczy, że powie więcej prawdy. W internecie jest podobnie.

    A argumentacje o tym, że ktoś kogoś może pociągnąć do odpowiedzialności czy np. zemścić się, wyrzucając go z pracy w sytuacji, gdy ta druga osoba ma żonę/dziecko/itp. na utrzymaniu jest argumentacją tchórza, mówiąc boleśnie wprost. Rozumując w ten sposób, to właśnie pragmatyzm czy relatywizm są tu najbardziej odchumanizowane, bo w miejsce podmiotu zamiast człowieka stawiają okoliczności.

  4. Są dwa typy godności: godność osobowa i godność osobista. Pierwsza ze względu na fakt, że jest się człowiekiem – tej nie odmawiam nikomu. Na drugą trzeba zapracować. Nie można żyć jak zwierzątko i cieszyć się przywilejami człowieka tylko dlatego, że nie chciało się nad sobą pracować czy myśleć. Zwierzę nie ma wolności, ono na wolności jest. Człowiek wolność ma i dlatego musi wziąć za nią odpowiedzialność: w płaszczyźnie słowa, poglądów i wizji życia. Nie można w swoim człowieczeństwie żyć na cudzy koszt. A tzw. pokora skrywania się za awatarami jest po prostu ucieczką przed odpowiedzialnością, jakkolwiek chciało by się to usprawiedliwiać. Robimy człowiekowi krzywdę mówiąc jak jest słaby. On jest silny, o wiele bardziej niż mu się wydaje. Do tego, żeby powiedzieć „to przekracza granice moich możliwości” trzeba tych granic przynajmniej dotknąć. Człowiek unikający pracy nad sobą i odpowiedzialności nie wie jakie są te granice dla niego, po czasu wszystko jest ponad siły. Przepraszam rozmówców, ale nie jestem przekonany do pewnych wizji człowieka. Brońmy swoich poglądów rzeczowymi argumentami i obiektywizmem, na ile się da! Zachęcam do dalszej dyskusji. Każdy wychodzi z niej trochę odmieniony przez punkt widzenia Innego.

  5. A jednak czy „człowiek” ze swoją godnością, gwarantowaną zresztą przez kartę praw podstawowych, nie wpisuje się w grono ludzi których jednak warto wysłuchać? Rozumiem, że moja hierarchia jest inna niż społeczna, ale czy człowiek który zapomniał imienia i nazwiska jest niegodny by wejść w relację? A taki z samym imieniem? Myślę, że to kwestia ustawienia granicy. Ksiądz ustawił tą granicę na przyjaźni. Ktoś inny na rodzinie. Zaś jakiś internauta- na tysięcznej społeczności forum internetowego. I prawdę mówiąc, w świetle humanizmu, czy nie on właśnie zasługuje na pochwałę w praktyce uznając godność szerszej grupy ludzi? Choćby działo się to ze szkodą dla niego samego.
    Osobiście również wolę znajdować się pod wpływem przyjaciół, jednak mam wrażenie, że to raczej kwestia jakiejś cechy charakteru, otwartości. Nie jestem przekonany, czy ta cecha ulega wartościowaniu.

  6. „Nie masz imienia i nazwiska…”. Człowiek zawsze od czegoś zaczyna i na początku jego imię i nazwisko niewiele mówią. Taki człowiek mnie interesuje, chociażby dlatego, że zaczyna pracować na swoje nazwisko. Człowiek, który sprzeniewierza się nazwisku, taki mnie nie interesuje. A swoją drogą dziwne jest to, że wszystkie nazwy własne doceniamy, tylko jakoś dziwnie oddzielamy człowieka od jego nazwy własnej (nazwiska).
    Przyznam, Panie Mariuszu, że nie martwią mnie opinie „wszystkich”. Zawsze dotykają mnie (pozytywnie lub negatywnie) opinie osób, które coś dla mnie znaczą. Gdybym pracując z taką rzeszą ludzi (biorąc chociażby lata pracy na uczelni) przejmował się każdą opinią, byłbym już dawno osobowością rozmytą i sfrustrowaną. Trzeba nauczyć się żyć z tym, że człowiekowi nie zamknie się ust. Na to co o nas mówi do końca wpływu nie mamy. Ale możemy zamknąć przed nim drzwi naszej prywatności. Może o niej pisać z zewnątrz. Nigdy jednak nie zasłuży na prawdę o nas. A jeśli to mu wystarcza, trzeba go z tym zostawić. Nie biega się do sądu z każdym, kto posługuje się ludzką mową. Ale też nie jesteśy skazani, żeby go czytać, słuchać. Warto mieć swój świat. To właśnie dlatego kiedyś tak bardzo ceniono przyjaźń, nikt też nie mówił „mam wielu przyjaciół”. Wielu to można mieć znajomych. Dzisiaj te kręgi się pozacierały, wymieszały. I dlatego nie mając prawdziwie bliskich, interesują nas wszyscy. Bliskim staje się ktoś, kto mówi o nas dobrze, dalekim ktoś, kto źle. Gdzie więc w tym bałaganie człowiek usłyszy prawdę o sobie? Tylko od ludzi z imieniem i nazwiskiem. Bo ci mają odwagę mówić rzeczy miłe i bolesne, mają odwagę, ale i prawo, bo wiemy kim są i kim są dla nas.

  7. Moim zdaniem zachłyśnięcie się internetem, które powoli zaczyna zbierać swoje żniwo spowodowało wiele czynników. Jednym z nich, bardzo dobrze wpisującym się w dyskusję jest popularna ostatnio anonimowość. Internet to nie życie, życie to nie internet. Owszem można stwierdzić, że jest to kanał komunikacji. Komunikacji, która musi mieć przynajmniej nadawcę i przynajmniej odbiorcę. Nawet jeżeli tak jest, to ukryta tożsamość nadawcy jest ogromną pokusą do pisania czegokolwiek. To jest przyczyna i swojego rodzaju siła internetu – (jak chce Michał anarchia). Nie wiem czy przyczyną jest głupota, strach, zazdrość czy brak wartości…

    „Niestety, nie masz imienia i nazwiska? – twoje poglądy mnie nie interesują.” – czy oby na pewno? Czy imię i nazwisko bez odpowiednika w świecie coś dają? Nie znając Tadeusza Koczywąsa nic jego imię i nazwisko nam nie mówi. Czy to znaczy, że jego poglądy dla nas się nie liczą, że nas nie interesują? Niezależnie od podpisu, wiemy, że komunikat tworzy człowiek. Wiemy równocześnie, że nie ma działania bez motywu. Jeżeli motywem działania jesteśmy my sami, czy może nas to nie interesować? Czy gdyby rzeczywiście nas to nie interesowało pisalibyśmy o tym? Moim zdaniem to nas interesuje, myślę nawet, ze to nas trapi. Jesteśmy jednak wobec tego bezradni bo nasze możliwości w tym momencie się kończą. „Gwiazdy” (nie tylko te, które tańczą na lodzie) w wywiadach często powtarzają, że nie czytają blogów, forów na swój temat. Ludzie pod wpływem zazdrości, zawiści dają upust językowi wypisując rzeczy okrutne. Co z tego, że nie ma tam podpisów? Imion i nazwisk? Numerów dowodów czy twarzy? Wiemy, że pisze to osoba i martwi nas, że pisze to o nas. Możemy świadomie wypierać i racjonalizować zastane treści, podświadomie nie zgadzamy się z nimi i chcemy na nie odpowiedzieć… nie mamy komu.

  8. Michał, zdaję sobie sprawę, z mechanizmu przez Ciebie, przytaczanego. Przykładem może być chociażby spersonalizowana karta miejska- teraz ZTM wie gdzie wsiadam i wysiadam z metra.

    Jednak w sieci, gdzie człowiek nie występuje fizycznie nastręcza to trudności. „Już się nad tym pracuje” nie oznacza, że to się uda. Przed nami jeszcze droga jak stąd do tamtąd. Wystarczy spojrzeć jaką reakcję wywołała ACTA.
    Zaś na chwilę obecną, jeśli chodzi o zwyczajne działania w internecie- istnieją strony do powszechnego użytku stanowiące filtr maskujący tożsamość.

    Chciałem zwrócić uwagę jedynie na to, że możemy popaść w 2 skrajności- z jednej strony totalna samowola, zaś po drugiej stronie czeka inwigilacja jakiej jeszcze nie było.

    Ponadto myślę, że ludzie najzwyczajniej nie lubią i nie chcą ponosić odpowiedzialności. A czasem, np. gdy mają jakiś problem i szukają- chcą pozostać anonimowi.

  9. Magdalena, Łukasz – to trochę nie tak.

    Obecnie można z dużym (czasami nawet stuprocentowym) prawdopodobieństwem wykryć, kto jest kim w internecie – a jeszcze łatwiej, kiedy i pod kogo się podszywa; proszę zauważyć rozwój mechanizmów takich jak OpenID, BrowserID, oAuth czy Google ID. A takie mechanizmy to tylko wierzchołek góry lodowej, bo tradycyjnymi metodami również da się to zrobić.

    Od kilku lat trwają prace nad projektami elektronicznej partycypacji obywatela w życiu publicznym, jednak właśnie z powodów technologicznych (ale też i silnego lobby, by tego nie wdrażać) jest to trudne do wykonania. Powoli wdraża się takie projekty jak dowody biometryczne czy tzw. kartę pacjenta. Pomijam kulawą ideę i chęć centralizacji wszystkich tych danych, ale należy pamiętać, że nad tym się już pracuje.

    Wolność bez odpowiedzialności jest anarchią i o tę odpowiedzialność (a więc wolność w pełni) tu chodzi. W małej skali można to zaobserwować w komentarzach blogów i forach, które wymagają jakiegoś mechanizmu potwierdzenia osobowości np. konta na facebooku. Wtedy poprzez dużą wartość dodaną do owego profilu trudniej jest nam go porzucić, a więc także – kłamać w nim.

    W małej, choć reprezentatywnej skali można było to zaobserwować na blogu Kominka, a za chwilę podobny mechanizm zostanie wprowadzony u Artura Kurasińskiego. I znów, nie twierdzę, że ów mechanizm jest idealny, bo nie jest, tak samo jak wspomniane wyżej projekty elektronicznej partycypacji – pokazuje to jednak, że większości w sferze „wolności słowa i wypowiedzi” niewiele potrzeba, by dostrzegli didaskalia „…z pełną odpowiedzialnością za uwalniane słowo”.

  10. Tylko co na to rzecznik praw obywatelskich i ustawa o ochronie danych osobowych? przecież „wymaganie” od internauty podania danych osobowych jako warunku publikacji to dyskryminacja. A jakieś tło zawsze się znajdzie.
    A chcieć honoru w internecie? W dzisiejszym świecie, któremu sam dźwięk tego słowa odbija się czkawką? To tak jak dla niektórych uwierzyć, że naprawdę człowiek już od samego początku jest człowiekiem… i że powinien dbać o to, by tego człowieczeństwa na własne życzenie nie utracić. A rzadko już dziś zdarza się taka wiara w człowieka.
    A z szacunkiem do samego siebie to już dzisiaj w ogóle jest problem…

  11. Rzeczywiście w teorii ma to sens, jednak obawiam się, że w praktyce nikt nie jest w stanie nic zrobić. To sytuacja patowa jak zamrożone embriony.

    Pierwsze wyjście: może zostać jak jest, każdy jest anonimowy, a jednak na blogach jak ten, wymagane są podstawowe dane (i jest to inicjatywa oddolna)

    Przy czym- to wciąż internet, nie rzeczywistość- osoba „skończona” zakłada nowe konto i startuje z czystą kartą.

    Można jeszcze wymagać skanu dowodu osobistego. Taka moda mogłaby coś zmienić, bo każdy ma jedną osobowość. Jednak podejrzewam, że wówczas użytkownicy najzwyczajniej zaczną omijać to forum.

    Zresztą, czy warto w ogóle rozpatrywać problem klasy człowieka w odniesieniu do ludzi, którzy sami się o to nie troszczą?

    Drugie wyjście: walczymy z anonimowością, czyli odgórnie każdy obywatel otrzymuje w obecności urzędnika swoje konto, na zasadzie powszechnego i przymusowego facebooka.
    Przy czym w praktyce oznacza to pełną inwigilację, ustawę jeszcze bardziej skrajną niż ACTA.

    Sytuacja jest patowa. Myślę, że kwestia klasy człowieka oczywiście dotyka działań w internecie, jednak sprawdzalna jest tylko w rzeczywistości. Nie mamy środków, by wdrożyć zdrowe reguły z życia w internet, nie wylewając przy tym dziecka z kąpielą.

  12. Jeszcze dla jasności małe dopowiedzenie. Gdyby Jan Kowalski był nikim (człowiek bez twarzy, poglądów odpowiedzialności za słowo), wtedy z jego nazwiska pozostaje tylko to, że jest nikim. Zatem i podpis nic by nie znaczył. Chodzi więc o szacunek do samego siebie. Tego oczekuję od człowieka, który wchodzi w przestrzeń publiczną.

  13. Rozwiązania „techniczne” zostawiam młodym. Chodziło mi o coś innego – o problem anonimowości w sieci. Jeśli zaś okaże się (technicznie sprawdzalne), że X to nie X, wtedy dla mnie X, który nie ma nazwiska nie istnieje. Moja propozycja jest nie tyle natury technicznej, ile raczej natury „nobile verbum”. Jeśli ktoś nie jest w stanie podpisać się własnym nazwiskiem, albo podszywa się pod inne, wtedy może dla mnie nazywać się IP…….. czy Myszka Miki – jest skończony. O tożsamość, słowo i honor mi chodziło. Jeśli tego nie będzie to internet nie będzie nigdy czysty. W polityce też są nazwiska, tylko noszą je nie rzadko ludzie bez klasy, honoru i tożsamości. I wtedy nazwisko nic nie znaczy. Z tą różnicą, że w zdrowych demokracjach człowiek, który publicznie się skompromituje jest już skończony. Zatem raz jeszcze: pomysł autorski: nazwisko i imię (jeśli ktoś wie, co to dla człowieka znaczy). A jeśli tego nie wie, to dla mnie jest już obojętne co mówi i jak się podpisze.

  14. A jednak kto sprawdzi, czy wstukane na klawiaturze imię i nazwisko są zgodne z rzeczywistością? Skąd wiadomo, że nazywam się tak jak podałem?
    Czy w tej sytuacji podszywanie się pod kogoś nie jest bardziej szkodliwe niż anonimowość?
    Może po prostu należy pogodzić się z tym, że cały internet to gra pozorów i przyjąć takie zasady jego działania. Wyraźny podział- rzeczywistość i internet, który nią nie jest, a zawiera jedynie jej przejawy.

Możliwość komentowania jest wyłączona.