Prochem jestem

Kim jestem? Pytanie na tyle ważne i ogólne, że nie można go wyczerpać w krótkim felietonie. A jednak drążąc, można je nieco ograniczyć i zapytać w kontekście Wielkiego Postu: Czy jestem prochem? Chyba nie. Już nawet Kościół tego nie oczekuje. Co prawda, jeszcze czasem można usłyszeć to zdanie o ludzkiej przemijalności, ale traktuje się je bardziej jako refleks tradycji form przekazu, nie zaś element składowy odpowiedzi na postawione pytanie.

                Proch znajduje jednak sporo odniesień w życiu. Siwe włosy, choroba bliskich, śmierć czy własna zadyszka, przypominają o powolnym spopieleniu życia. Kim więc jestem? Ciałem i duszą, a z ciała pozostanie proch, czyli niewiele. A przetrwa to, co nie było prochem, co pochodzi od ducha.

                Kim jestem? Człowieka nie można zamknąć w ramach czasowych. Trzeba od razu pytać, kim był i kim będzie. Bez tego jest tylko prochem. Ten proch, kiedyś u początku wziął Bóg, by tchnąć w niego życie. Od tego czasu „popiół uduchowiony” jest w cenie. Chyba, że się spopieli już za życia i rozwieje wraz z czasem.

                Wielki Post zbiegł się w tym roku z wielką kampanią anty-tytoniową. Może to i dobrze. Bo ostatecznie bez uduchowionego wnętrza zostanie z człowieka tylko tyle: popiół po wypaleniu, a jeszcze za życia przeróżne choroby.

Napój „zapomnieniowo-przypomnieniowy” po polsku

Każdy, kto studiował filozofię wie, co to jest napój zapomnienia i w jakich sytuacjach go stosowano. Dzisiaj problem polega na tym, że napoju zapomnienia nie przygotowują filozofowie, ale politycy. Jest to napój przygotowywany naprędce, nie testowany i z konsekwencjami nie do przewidzenia. W podobnym duchu serwuje się nam napój obowiązkowego przypominania. W jednym i w drugim wypadku ma się wrażenie jak gdyby był to napój finansowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia, a więc z tanich środków, na jeszcze gorszych recepturach, doprawiany ślepą wiarą w to, że będzie skuteczny.

                Człowiek zaś ma jedno życie i dlatego powinien się bronić przed jednym i drugim. Dlatego być może już czas, by przygotować napój na teraźniejszość, orzeźwiający i jednocześnie studzący niektóre umysły, przyjrzeć się recepturom, tym, którzy je robią i  proponują do picia innym. Bo człowiekiem manipulować nie można. Piszę o tym, będąc na świeżo po podrzuconej lekturze „Listy Wildsteina”. Nie znalazłem tam siebie. Nie szukałem znajomych, bo im ufam, nie szukałem też obecnych moich wrogów, bo ich znam. Zacząłem szukać tych, o których nawet dziecko – jeśli tylko wychowane w polskiej rodzinie – wie, że byli oprawcami. Tych nazwisk jednak nie znalazłem. One zostały na chwilę „odtajnione” kilka lat temu w jednej z podwarszawskich miejscowości, a potem przeszły w niebyt wraz z dymem z ognia pożerającego kawałek prawdziwej polskiej historii.

                Kiedy w Kościele odchodzono od publicznego wyznania grzechów, jednym z argumentów było to, że obok miejsca wyznania stali ci, którzy żałować nie chcieli, tylko czekali na sensację, by wyznających pogrążyć. Kościół nauczony doświadczeniem do lustrowania sumień wybrał tych, których związał ścisłą tajemnicą. Jest ona obarczona wielką odpowiedzialnością. Z jednej strony grzechów nie można odtajnić, z drugiej zaś nie można rozgrzeszyć, jeśli się stały a zabrakło skruchy i żalu. Może by więc w imię odtajnienia ujawniać wszystkie grzechy wszystkich ludzi? Kościół uczy, że każdy z nich ma wspólnotowy wymiar, rani i dotyka wszystkich.

                A jednak Kościół trwa przy tajemnicy. Ma ona wysoką cenę, a nie jest nią zapomnienie. Nie jest też piętnowanie. Ceną jest prawda. To z niej można sporządzić napój na teraźniejszość i przyszłość. Napój ten jednak leczy a nie odurza. Nie odurza zemstą, niechęcią, wybiórczością. Karmi i umacnia prawdą, która obowiązuje semper et pro semper. Może więc czas nie na przypominanie czy zapominanie, lecz na prawdę. Prawdę, do której wszyscy dorastamy, a czasem trzeba wręcz stwierdzić, że ciągle tylko wobec niej raczkujemy. Oby tylko ci, którzy raczkują nie poczuli się w obowiązku przyrządzania z niej napoju, bo można stracić coś nieodwracalnie – szansę na życie w prawdzie. Może więc znajdą się pieniądze na uczciwą spowiedź a nie współczesną odmianę igrzysk, gdzie rzucając ochłapy zadowoli się plebs. Bo Polska nie tylko z plebsu się składa.

Pornografia w kioskach

Nie wszystkie pomysły autorstwa Młodzieży Wszechpolskiej zasługują na bliższą analizę. W ostatnim jednak czasie podniesiono problem zwalczania pornografii w kioskach, a więc w miejscach zapewniających powszechny dostęp dla każdego, niezależnie od wieku. W celu ośmieszenia idei, media próbują kreślić problem, jaki ma stanowić nieostra granica pomiędzy pornografią i erotyką. Prawdą jest, że w literaturze przedmiotu częściej mówi się o sankcjach za rozpowszechnianie pornografii niż o samej jej definicji. Rodzi to jednak mylne wrażenie, że do tego, by coś stało się pornografią potrzeba wszechwiedzy sądu. Czy rzeczywiście człowiek początku XXI wieku jest aż tak ograniczony, by sam nie mógł dostrzec różnicy pomiędzy jednym i drugim pojęciem?

                Słowo „erotyka” pochodzi od łac. eros i oznacza miłość w sensie zmysłowym. Łacina zna jednak wiele innych określeń miłości, chociażby caritas, pietas, dilectio. Samo określenie miłość erotyczna jest oczywiście jedną z istotnych jej płaszczyzn. Natomiast zupełnie inny wydźwięk ma słowo pornografia. Etymologicznie oznaczało ono opis życia prostytutek. Nie trudno więc dostrzec różnicę pomiędzy miłością mężczyzny i kobiety a miłością prostytutki i jej klienta. Pornografia, pomijając inne sfery, jest nastawiona wyłącznie na wywołanie podniecenia seksualnego, za którym nie stoi żadna więź uczuciowa. Nie dostrzeganie różnicy pomiędzy erotyką a pornografią świadczy więc przede wszystkim o problemie z rozwojem uczuć wyższych osoby nie dostrzegającej tej różnicy.

                Skoro granica pomiędzy pojęciami istnieje należy przyjrzeć się samej pornografii. W kodeksie karnym w art. 202. § 1 czytamy: Kto publicznie prezentuje treści pornograficzne w taki sposób, że może to narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. I dalej: Kto małoletniemu poniżej lat 15 prezentuje treści pornograficzne lub udostępnia mu przedmioty mające taki charakter albo rozpowszechnia treści pornograficzne w sposób umożliwiający takiemu małoletniemu zapoznanie się z nimi, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Prof. Filar, jeden z wybitnych znawców prawa, komentuje to w sposób następujący: Pojęcie rozpowszechniania jest w swej treści identyczne z pojęciem publicznego prezentowania. Chodzi tu o udostępnianie, upowszechnianie, uczynienie powszechnie dostępnym i wiadomym dla bliżej nieokreślonej anonimowej grupy osób. Myślę, że słowa te nie potrzebują komentarza, a jeśli potrzebują, to już zupełnie z innej ustawy. Ta inna ustawa dotyczy jednak bardzo wąskiej i określonej grupy osób. Do niej zaś nie można sprowadzić całego społeczeństwa.