Nadziei dla wszystkich ciąg dalszy

„A śmierć przyszła na świat przez zawiść diabła”. To zdanie z Pisma Świętego pokazuje najlepiej, gdzie tkwi słabość naszej wiary. Istnieje pokusa podziału świata na obszar wiary i obszar niewiary poprzez prostą, deklarowaną przynależność do Kościoła. Ale czy nie można znaleźć śladów niewiary również wśród wierzących?

O czym myślimy częściej: o Bogu czy o sobie? Człowiek myśli o problemach życia, Kościół instytucjonalny o materialnym przetrwaniu, życie zakonne sprowadza się do zdobywania środków na bieżące płacenie rachunków. Do Kościoła zło nie przyjdzie w czystej, prymitywnej postaci. Ale może przyjść pozbawiając człowieka czasu i siły do myślenia o nieśmiertelności i rzeczach wielkich.

Znajomość życia wiecznego sprowadza się czasami do myślenia o śmierci. Ale czy wiara w życie wieczne przekłada się na naszą wiarę w życie po prostu? Czy potrafię widząc grzech, walczyć nie z nim, ale walczyć o wyższą perspektywę, w której grzech jawi się jako coś, co nie jest warte wyboru? Czy potrafię na tyle zachwycić się wielkością, że małym zniewalającym mnie propozycjom będę miał odwagę mówić „nie”?

Nadzieja! Zabrać ją człowiekowi, to zabrać wiarę w nieśmiertelność, a w krótszej perspektywie zabrać wiarę w życie. Pokusa uwierzenia, że za chmurami nie ma słońca, że za naszymi problemami nie ma ich rozwiązania, że za doświadczeniem codziennego krzyża nie ma nadziei, że bez wsparcia cezara Bóg sobie nie poradzi.

Do nieśmiertelności Bóg przeznaczył człowieka. To ona sprawia, że zło nie jest ostatnim aktem życia świata, że nie musimy ulec królestwu małości i zastraszenia. Jeśli ocalimy nadzieję, ocalimy wszystko.

Nadzieja dla wszystkich

Lekarze bronią się przed określaniem ich zawodu jako powołania. Często podkreślają, że powołaniem chce się przysłonić brak materialnej troski o nich. Młody człowiek cieszy się, że uniknął powołania do wojska. Uratował kilka miesięcy służby za darmo. Rodzina martwi się, bo dziecko poszło za głosem powołania, czyli zmarnuje sobie życie.

Powołanie. Nie lubimy tego słowa, ale wszyscy chcemy żyć nadzieją. A skąd bierze się nadzieja? Czy nie z realizacji powołania? Na co można mieć nadzieję, co nie byłoby odpowiedzią na jakieś wezwanie?

Nadzieja jest dla wszystkich, ale nie jest ona dla człowieka tak długo, jak długo nie chce wpisać się on w życie innych ludzi. „Missio” powiązane z „promissio”. Łacina tłumaczy wiele. Nie ma misji bez obietnicy. A obietnica jest osiągalna dla tych, którzy podejmują jej wyzwanie – misję. Dopiero wypełniając misję człowiek doświadcza spełnienia.

Nadzieja jest dla wszystkich i może jej doświadczyć każdy, kto nie chce być sam.

Samotność zabija wiele rzeczy, ale najskuteczniej zabija nadzieję. Zabija dlatego, że nie idzie w parze z człowiekiem, który zakochał się w małym, kurczącym się świecie samowystarczalności. Trudno wyobrazić sobie życie w zamkniętym wszechświecie. Ale chyba jeszcze trudniej w zamkniętym na innych dobrobycie. Człowiek opływający we wszystko bez innych, bynajmniej nie jest królem.

A kim? Na to niestety może odpowiedzieć wielu z nas.

Dialog potrzebuje czasu

Kiedy padają takie słowa jak misja czy nauczanie, wtedy od razu przychodzi nam do głowy obowiązek mówienia i przekonywania. Niestety jest to najgorsza opcja, gdyby przyjąć ją w dialogu. Dialog odbywa się zawsze w jakimś celu, w imię czegoś, dla czyjegoś dobra. Jest to „roz-mowa”, bo bez niej nie ma „mowy” o dialogu. Ale dialogu do konwersacji sprowadzić nie można.

To właśnie dlatego dialog potrzebuje czasu. Nie tylko po to, żeby coś powiedzieć, ale przede wszystkim po to, aby coś usłyszeć. Dialog potrzebuje również czasu, aby człowiek odpowiedział sobie na pytanie, czy w ogóle wchodzi w dialog po to, żeby kogokolwiek usłyszeć. Zbyt często dialog rozumie się jako kolejny obszar „promocji własnych myśli”. Nie rozumie się jego sensu, a podejmuje się go wyłącznie w imię skuteczności. To właśnie w imię tej skuteczności dialog staje się elementem dyktatu. W takim przypadku dialog służy wyłącznie załatwianiu własnych spraw, nierzadko spraw trudnych, których nie umiemy zapomnieć, przebaczyć. Wtedy staje się on „dialogiem odwetu”.

W rozmowie z Bogiem uczymy się rozmowy z człowiekiem i odwrotnie. To dlatego tak ważna jest w niej pokora, bez której nie odkryjemy nic poza własnymi pragnieniami, emocjami. Dajmy sobie czas, by mądrze „przekonywać” Boga, by w otwartości wychodzić do człowieka. Dialog – jak ziarno – potrzebuje czasu. I źle się dzieje, jeśli rozpoczynamy od żniw.