Kredyt – szansa czy zakłamanie?

W swojej najnowszej książce-wywiadzie z papieżem Benedyktem XVI (Światłość świata) można znaleźć wiele interesujących wątków diagnozujących życie świata, Kościoła, pojedynczego człowieka. Chciałbym dzisiaj zwrócić uwagę na jeden z nich.

W partii książki poświęconej rozumieniu postępu znajdujemy taki fragment: Pytanie […] Jest jasne, że następne pokolenia będą obciążone gigantycznymi długami. Czyż nie jest to także niesamowicie poważny problem moralny? I odpowiedź papieża: Oczywiście, bo żyjemy na koszt przyszłych pokoleń. Widać też z tego, że żyjemy w fałszu. Żyjemy na pokaz, a wielkie kredyty są traktowane jako coś, co nam się należy […].

Myślę, że tę refleksję można przełożyć na wiele innych płaszczyzn, nie tylko finansową. Żyjemy na kredyt, omamieni wiarą w to, że przyszłość zawsze musi być lepsza. Uciekamy od historii wcale nie dlatego, że jesteśmy tacy postępowi. Tylko, że historia już była i nie można powiedzieć o tym, co było złe, że było dobre. O przyszłości można powiedzieć wszystko. Z jednym dopowiedzeniem. Fałsz teraźniejszości sprawdzi się dopiero w tej historii, która jeszcze nie jest nasza, a czasem wierzymy, że nigdy nasza nie będzie.

Autor

Jarosław A. Sobkowiak

Nauczyciel akademicki. Zakres badań: antropologia i aksjologia kultury, etyka, hermeneutyka filozoficzna i teologiczna, moralność w aspekcie "intellectus fidei".

Jedna myśl do “Kredyt – szansa czy zakłamanie?”

  1. Z kredytem jest często tak, że w pierwszy łatwo jest zostać „wplątanym”. Naprawdę rozumiem osoby, które stoją przed dylematem wynajmowania mieszkania, czy zapłacenia niewiele wyższej kwoty bankowi za coś własnego, a właściwie prawie własnego. I chociaż oboje z mężem jesteśmy „antykredytowi”, to pewnie, gdyby nasze lokalowe losy nie potoczyły się inaczej, jednak skorzystalibyśmy również z kredytu. Trzy przeprowadzki w czasie ciąży, z czego ostatnia w 9. miesiącu nawet najbardziej opornych skłoniłyby do spojrzenia przychylnym okiem w stronę banku. Problem jednak leży w czymś innym, a mianowicie w tym, że choć pierwszy kredyt nastręcza jeszcze być może wątpliwości, kolejne bierze się coraz łatwiej. Przestaje wystarczać używany samochód,skoro kogoś „stać” na nowy, potem AGD, wakacje i… chyba ten scenariusz jest dość dobrze znany w naszej rzeczywistości, w której zauważam coraz większy kult rzeczy „nowych”. I to nie dotyczy tylko jednostek, ale również zarządzający miastami, gminami itd. często „inwestują” w całkiem kosztowne, aczkolwiek spektakularne rozwiązania (na kredyt przyszłej kadencji). A tymczasem podróżując gdzieś nie tak daleko od naszego świata, zdarza się zobaczyć coś, co przetrwało wieki tylko dlatego, że ktoś inny zrozumiał, że wystarczy tylko ten właściwy stosunek do rzeczy, nie „nabożny”,ale też nie marnotrawny. Konsumpcjonizm wymaga niestety i jednego i drugiego. Bo zawsze jednak w kredycie chodzi przecież jakąś rzecz i jakąś do niej relację. I chyba nie wystarczy być wzorowym ekologiem, żeby rozwikłać problem kredytu. Potrzebne jest chyba także umiarkowanie, nie tylko ze strony kredytobiorców, ale i tych, którzy po części tworzą tę „kredytolubną” atmosferę.

Możliwość komentowania jest wyłączona.