In vitro – debata

Nowe życie, nowy człowiek. Niby przynależy do swojej rodziny, nawet przykazanie wzywa go do czci względem swoich rodziców. Jakby przynależy. A jednak… Jest już nowym życiem, cieszącym się odrębnością i indywidualnością. Zawdzięcza istnienie im, rodzicom, ale czy tylko?

Dziwnie wpisuje się człowiek w proces przekazywania życia. I to jest pierwsze ważne stwierdzenie: przekazywania, nie dawania czy stwarzania. Przekazuje coś, co nie należy wyłącznie do niego, czego nie jest w ścisłym sensie właścicielem. Przekazać coś, co się samemu otrzymało oznacza zatem wpisać swoje plany w jakiś plan. Plan, którego nie da się do końca wykalkulować, dopracować w szczegółach. Plan, który potrafi zaskoczyć.

Czasem zaskakuje boleśnie. Taką sytuacją jest niewątpliwie niepłodność. Nie można zbyt pochopnie oczekiwać od człowieka, by się na nią godził, by z góry akceptował nie rozumiejąc. Pytanie jednak, w jaki sposób stara się to zrozumieć i jak chce sobie pomóc.

Jedną z proponowanych współcześnie propozycji jest zapłodnienie metodą in vitro. Pozornie brzmi to jak propozycja lekarstwa proponowana na wyregulowanie ciśnienia czy obniżenie poziomu cholesterolu. In vitro nie jest jednak lekarstwem. Jest rezygnacją z bycia stworzeniem na rzecz uczynienia z siebie stwórcy.

Podejście do płodności ma wiele aspektów: jedni mogą a nie chcą, inni chcą a nie mogą, jeszcze inni nie powinni a próbują. Wszystkie te sytuacje pokazują, że in vitro wpisuje się w o wiele głębszy problem niż mieć czy nie mieć dzieci.

Realizować powołanie czy potrzeby? Człowiek może mieć pragnienie, zresztą prawomocne i słuszne. Ale pragnienie można zaspokoić w sposób godny człowieka: na miarę godności tego, kto pragnie i na miarę godności tego, kogo pragnie. Człowiek ma prawo chcieć wszystkiego do czego ma prawo. Nie ma jednak człowiek prawa do człowieka. Nie można sobie człowieka wymyślić, wymusić, nie można pragnienia wynaturzyć. Nie można zyskać jednego życia kosztem życia innych.

Problem in vitro to nie tylko sprawa refundacji kosztów zabiegu. Problem in vitro, to zagadnienie o wiele głębsze – rozumienia człowieka, siebie, Boga. Nie można być jednocześnie dawcą życia i tym, który życie zabiera. Nie można jednocześnie jednego dziecka kochać a drugiego nienawidzić aż po śmierć. Osoba nie jest kwestią uznaniową. Ona po prostu jest. Jest nią od poczęcia i nie jest, kiedy w naturalny sposób począć się nie może.

Dziecko ma prawo do wiedzy na temat swoich rodziców. Ma prawo wiedzieć kim są. Ma również prawo do wiedzy na temat rodzeństwa, kim są, kim byli, kim mogli być. W świecie komunikacji powołujemy się na prawa podstawowe, również na prawo do informacji. Z tego prawa nie można wyłączyć embrionu, który jest człowiekiem. Potencjalny rodzic musi nauczyć się liczyć, również, a może przede wszystkim, liczyć swoje dzieci. Nie tylko te chciane, ale również te, którym żyć nie pozwoli.

Rozumiem ból rodziców niepłodnych. Ale musimy również zrozumieć, że pod pozorem pomocy, czyni się z człowieka tego, który życie zabija. Nie dajmy się ponieść nowomowie: ciąża, embrion, płód, zygota. Te techniczne terminy są potrzebne do opisania etapów życia człowieka. Ale człowiek jest, albo nie jest. A od poczęcia już jest i żadna procedura nie może tego podważyć i zalegalizować.

In vitro to nie lek na niepłodność. To życie kosztem życia, nawet wielu. To kochanie jednych, kosztem zanegowania istnienia innych. Nie można kochać życia wybiórczo, bo wtedy nie kocha się człowieka, kocha się wyłącznie siebie.

I chociaż taka opinia może wielu zaboleć, to jednak życie nie jest sprawą uznania, teorii, filozofii ani prawa. Życie jest kwestią Boga i niech tak pozostanie. Bo co prawda początkowi naszego życia nic już nie zagrozi, ale niepewny jest jeszcze koniec. A manipulacja życiem jest zawsze obosieczną bronią.

Autor

Jarosław A. Sobkowiak

Nauczyciel akademicki. Zakres badań: antropologia i aksjologia kultury, etyka, hermeneutyka filozoficzna i teologiczna, moralność w aspekcie "intellectus fidei".

36 myśli do „In vitro – debata”

  1. Drogi Krzysztofie Szaniawski :) ,nie użyłam wyrażenia „za wszelką cenę” -celowo. Dla mnie nie jest to cena życia innych ludzi gdyż nie uważam ,że te zygoty to ludzie.Jest to dla mnie chęć posiadania dziecka za cenę zaburzeń w ewolucji ludzkości,których ta matka nie dożyje.
    Z artykułów,które czytałam że dzieci z in vitro są w dużej większości zdrowe.A nieliczne przypadki chorób, i późniejsze powikłania ,których jeszcze nie sprawdzono to niektóre z powodów dla których jestem przeciwna in vitro. Miłość w pewnym sensie zawsze jest trochę egoistyczna. Jednak jest to postawa wobec drugiej osoby która deklaruje kochanie kogoś na dobre i złe. Właściwie to głównie na złe (na dobre-jest łatwo,nie sztuka deklarować na dobre).
    Ta matka jest w stanie zrobić wszystko dla (już swojego) dziecka. Kochać je całym sercem i poświęcić mu życie kosztem wielu wyrzeczeń.
    Tak. niektóre kobiety przez całe życie nie czują że spełniają swą rolę -przez brak możliwości macierzyństwa.Przy czym wydaje mi się ,że ów instynkt wiele kobiet odczuwa w innym natężeniu . Niektóre nie mają dzieci i są szczęśliwe.
    i na koniec : żeby mówić o „chrześcijańskim zacofaniu” trzeba mówić najpierw o poczuwaniu się do chrześcijaństwa …

  2. Kiedy moja wiedza na temat in vitro ograniczała się do informacji, że jest to rozwiązanie dla małżeństw, które nie mogą mieć potomstwa byłem zwolennikiem tej metody, pomimo faktu, że Kościół jej nie popiera i zachęca do leczenia naturalnego, które może trwać latami i nie ma stu procentowej pewności, że pomoże.
    Po zapoznaniu się ze szczegółowymi publikacjami na temat tej metody odszedłem od wcześniejszego stanowiska. In vitro sprawdziłoby się, gdyby człowiek nie był człowiekiem, tzn, gdyby nie myślał, nie czuł, nie pytał. Ale jak wiadomo to nie możliwe. Wydawać by się mogło, że ludzie decydujący się na in vitro zapominają o konsekwencjach związanych ze sztucznym poczęciem, ważne jest tylko dziecko. Jednak czy cel uświęca środki?

  3. sprowokowany powyższym postem pani Julity Burczyńskiej wyrazić muszę swoją opinię:
    po pierwsze osobiście nie uważam, że ten głos jest mało znaczący i cieszę się, że ktoś wyraził inną opinię, by dać tym samym pole do dyskusji.
    stawiam zatem pytanie: jak nazwać chęć posiadania dziecka za wszelką cenę?
    kiedy akcent pada na stwierdzenie ‚za wszelka cenę’ trudno mi takiej postawy nie nazwać egoizmem. kiedy nie patrzę na konsekwencje (przede wszystkim psychiczne, jakie mogą zaistnieć zarówno u rodziców, jak i w pierwszej kolejności u dziecka), a tylko na potrzebę przelania swoich uczuć (bo tylko na poziomie emocjonalności mogę rozumieć fakt „chcenia dziecka za wszelka cenę”) to nie mogę już argumentować swojego podejścia tym, że robię to z miłości.
    ponadto sprowadzenie do wspólnego mianownika ‚macierzyństwa’ i Freudowskiej interpretacji popędu jest według mnie dużą pomyłką. co więcej, czy kobieta spełnia się w swej roli tylko wtedy, gdy jest matką dziecka? dalej: czy każda kobieta, nie zależnie od wyznawanej wiary, czując pragnienie bycia w tej roli (który jest naturalnym pragnieniem serca, a nie postanowieniem) jest usprawiedliwiona do podjęcia zabiegu?
    i na koniec: jeśli jedynym argumentem przeciw in vitro ma być tylko fakt zaburzenia ewolucji, to istotnie można mówić o „chrześcijańskim zacofaniu”.

  4. Uważam ,że zygota poza ciałem matki nie jest człowiekiem (wg mnie staje się nim dopiero „w matce”.)Nie rusza mnie argument ,że „mogło by być dzieckiem „. Plemnik też mógłby być-gdyby go umieścić w komórce jajowej a komórka-gdyby włożyć do środka plemnik.Jednak nie są. Zygota jak ją położę na stole też nie jest.
    (domyślam się że moje poglądy są w tym gronie osamotnione tak więc nie liczę na poparcie…)
    Umiem sobie jedynie wyobrazić jak wielkie musi być pragnienie urodzenia własnego dziecka ,przez matkę decydującą się na in vitro.Chęć spełnienia swej pięknej kobiecej , życiowej roli-bycia mamą jest kierowana instynktem macierzyńskim(jedna z definicji: instynkt-żądze,silne ludzkie pragnienia). Nie uważam ,że ta chęć miłości jest egoistyczna . Nie każdy jest na tyle silny by być Hiobem w swoim życiu i np żyć bez upragnionego dziecka lub adoptować czyjeś. Dlatego więc moim mało znaczącym głosem -usprawiedliwiam matki decydujące się na in vitro .
    ALE!
    Mimo to nie pochwalam samego tego zabiegu dlatego że uderza on w ewolucje, która w naturalny sposób kieruje nasz gatunek w stronę przetrwania.Po jakimś czasie stosowania in vitro znaczna część społeczeństwa będzie bezpłodna (bedzie przekazywać geny bezpłodności dalej)i normalne rozmnażanie stanie się…anomalią?!
    Zatem przynajmniej tu się z wami zgadzam-jestem przeciwko in vitro.

  5. Marto, pytasz skąd ta niewiedza jeśli chodzi o in-vitro. Myślę, że wiele osób pracuje nad tym by ta metoda była traktowana jako idealne, wręcz cudowne rozwiązanie problemu bezpłodności. Dlaczego? Bo po prostu idą za tym ogromne pieniądze!

    Doroto, zgadzam się z Tobą! Rzetelne poinformowanie społeczeństwa na ten temat to zadanie dla nas, młodych dziennikarzy-teologów! Myślę, że dobrym rozwiązaniem byłaby np. profesjonalnie przygotowana na dużą skalę kampania promująca NPR, czyli naturalne planowanie rodziny. Jest ono w większości przypadków naprawdę skuteczne! Około 80% małżeństw uchodzących za niepłodne po nauczeniu się metody objawowo-termicznej (na której opiera się NPR) doczekuje się upragnionej pociechy. Czasem wystarczy wyznaczenie najbardziej płodnych dni i współżycie w te dni po dwutygodniowej wstrzemięźliwości. Nieraz potrzebne są jeszcze zmiany w odżywianiu. Proste, prawda? Tylko do tego potrzeba cierpliwości, odpowiedzialności, okresowej powściągliwości i współpracy małżonków. Niestety tego tak dziś brakuje w dzisiejszym świecie, gdzie panuje mentalność „klienta supermarketu” – wybieram, zabieram z półki i szybko wychodzę…

  6. Zgadzam się z Dorotą. Media są od tego, aby informować, a nie pokazywać ( jak to ma miejsce) tylko cudowny obrazek roześmianych rodziców i ich potomka z in-vitro. Zastanawiamy się skąd ta ignorancja, niewiedza. A może tak jest wygodniej? Nie tylko dla mediów, ale i dla zwykłych ludzi. Może lepiej nie rozmawiać o tematach, które mogą się okazać dyskusyjne, a popularne praktyki -niemoralne…?

  7. Chciałabym zauważyć, że w Polsce, w której – póki co – większość deklaruje się jako katolicy, również większość nie jest przeciwnikami in vitro. Chociaż uważam, za istotne jakie są i będą regulacje prawne, refundacje itd. i trzeba w tym dyskursie brać udział, to jednak najważniejsze jest czy ludzie będą to stosować czy nie.
    Obserwując otoczenie największym problemem jaki się pojawia jest przywoływana już w dyskusji niewiedza. Sztuczne zapłodnienie jest promowane jako „cudowny” sposób na szczęście rodziców, bardzo rzadko zdarzają się w mediach rzetelne informacje na temat zabiegu i wszystkiego co z tym związane. I owszem każdy ma swój rozum, ale nie każdy ma możliwość samemu dotarcia do takich informacji. Dlatego uważam, że potrzebne są wysiłki, aby prowadzić akcje informacyjne jak najszerzej zakrojone, aby społeczeństwo wiedziało jak najwięcej na temat in vitro i to nie dopiero w obliczu problemu bezpłodności, kiedy jest już wiele emocji.
    Tu jest wielkie pole do popisu choćby dla nas, którzy mamy już dziś jakiś – większy lub mniejszy – udział w mediach. Ale jeśli chcemy to robić musimy być rzetelni, gdyż nierzetelność ludzi, zwłaszcza w Kościele przynosi więcej szkody niż pożytku.
    Bo mam wrażenie, że okaże się wtedy, że spora część nie neguje argumentów, czy to natury medycznej, czy filozoficznej, czy w końcu religijnej (bo uważam, że i takich argumentów powinniśmy używać, bo mogą one również dotrzeć do różnych osób), ale po prostu nie wiedziała czym jest in vitro i jakie niesie ze sobą konsekwencje.

  8. Chciałabym się jeszcze odnieść do podłoża problemu in vitro. Nieustannie odnoszę wrażenie, że problem ten leży w samym człowieku, a dokładniej w jago pragnieniu. Człowiek chciałby decydować o wszystkim, chciałby „wziąć życie w swoje ręce”, a tym samym być panem i władcą. Pragnie decydować o wszystkim sam i tylko sam, bez niczyjej pomocy, nawet Boga! Skoro kilka lat wcześniej napisał sobie scenariusz na przyszłość, to dlaczego miałby go nie zrealizować? Jeśli np. zaplanował mieć dom niczym pałac z wielkim ogrodem, ferrari, żonę/męża i dwoje ślicznych maluchów, to za wszelką cenę będzie starał się ten plan zrealizować. Jednak przy jego sporządzniu być może nie uwzględnił takiej ewentualności, że np. nie będzie mógł mieć dzieci… Wtedy właśnie pojawia się problem in vitro.

  9. Wspomniał Ksiądz o metodzie naprotechnologi,jako możliwości poczęcia dziecka, która polega na samoobserwacji i pozwala określić dni płodne kobiety oraz zaburzenia w jej cyklu miesiączkowym. Jest to metoda popierana przez Kościół Katolicki i znajduje wielu zwolenników wśród osób płodnych, jednak dla bezpłodnych w rezultacie nie przynosi żadnego daru jakim jest dziecko. I co wtedy? Mają się poddać, czy adoptować dziecko? Adopcja moim zdaniem byłaby w tym wypadku najlepsza, gdyż nie krzywdzimy żadnego życia, a wręcz przeciwnie dajemy możliwość rozwoju w normalnej rodzinie porzuconemu dziecku.
    Pojawił się w debacie problem znajomości rodziców. Należy zwrócić jednak uwagę, że zarówno dziecko poczęte sztucznie jak i adoptowane nie mają pewności co do swego pochodzenia, więc nie uważam tego za żaden argument.
    Osobiście znam małżeństwo, które poddało się metodzie in vitro, po 7 latach starań zajścia w ciązę naturalnymi metodami i próbie w między czasie adopcji dziecka, jednak ani jedno, ani drugie nie mogło dojść do skutku. Natomiast dzięki tej metodzie posiadają dwie zdrowe córeczki (bliźniaczki). A więc moje pytanie brzmi: czy należy ich potępiać, za to, że zdecydowali się na poddanie się metodzie in vitro?

  10. Co do norm ogólnych i poszukiwania prawdy polifonicznie, zachęcam do lektury: H. Urs von Balthasar, „Prawda jest symfoniczna”, J. Ratzinger, „Granice dialogu” oraz mojego artykułu „Prawda w społeczeństwie pluralistycznym i tolerancyjnym” (w zakładce)

  11. Myślę, że warto zatrzymać się na chwilę nad powracającym kilka razy komentarzem do stwierdzenia: „rozumiem ból”. Oczywiście jest rzeczą jasną, że ktoś kto nie rodzi nie przeżył bólu rodzenia, ktoś, kto nie pragnął dziecka nie doświadczył tego pragnienia. Ale człowiek to nie tylko psychiczne czy emocjonalne doświadczenie. To także rozum. Rozum, który pozwala rozumieć to, czego człowiek nie przeżył. W ten sposób wszystko, co dotyczy nieba nie miałoby żadnego sensu. Jest to pokłosie romantycznego podejścia do własnej egzystencji: „Żeby mówić o mnie, nie wystarczy być ze mną, trzeba być we mnie”. Bo tym argumentem zamyka się również drogę protestu dla ateisty, człowieka myślącego inaczej. Jeśli bowiem nie doświadczył Boga, skąd wie, co by pomyślał, gdyby go doświadczył. Niech więc doświadczy Boga a potem pisze i mówi o in vitro. Taka argumentacja prowadzi donikąd, gdyż zamyka wszelką komunikację między ludźmi. Lekarz nie mógłby mówić o chorobach, sędzia nie mógłby sądzić, bo przecież nie był mordercą, złodziejem. To jest chyba droga ślepa. Czy to oznacza, że nie ma żadnych norm ogólnych, żadnego ogólnego prawa, tylko subiektywne doświadczenie, które staje się normą. A może ktoś mnie subiektywnie nie lubi, przecież go nie rozumiem. Czy dam mu prawa w stosunku do mnie, że może subiektywnie zrobić ze mną co zechce.
    I jeszcze jedno: alternatywą dla in vitro jest naprotechnologia. O czym zapominamy chyba nawet z punktu widzenia katolickiego. I stąd ta polifonia może okazać się kakofonią, bo okaże się, że my nie gramy różnie, tylko, że nie umiemy grać nawet swojej części. I wtedy nazbyt łatwo gramy to, co inni, a to już nie jest polifonia, tylko muzyczne naśladownictwo.

  12. In vitro zaczęło po prostu być, jako praktyka, jako zabieg, powoli traktowany jednak jako „lekarstwo”, lekarstwo na niepłodność, chociaż podobnie jak w felietonie nie uważam aby leczyło cokolwiek oprócz objawów skrajnego egoizmu osób, które decydują się na zapłodnienie tą metodą. Słuszne wydaje mi się stwierdzenie i jestem przekonana, że szybciej prowadzi ono do destrukcji relacji panujących w rodzinie, niż do wychowania w miłości i poszanowaniu drugiej osoby, skoro samo dziecko w ten sposób poczęte stanowi nieraz narzędzie uszczęśliwiające rodziców – na siłę, bo musi być, bo inaczej przecieć nie można. Oczywiście, nie skreślając żadnego dziecka, które w te sposób przyszło na świat, bowiem istnieją rodzice tak mocno odczuwający instynkt, nie potrafiący pogodzić się z utratą możliwości posiadania dziecka. No właśnie, posiadania… Posiadania dziecka – drugiego człowieka.

    I tutaj moim zdaniem pojawia się to o czym napisał Bartek, o decyzjach zależnych od sytuacji, owszem, ale właśnie po to należy wywoływać debatę, aby wskazać ewentualne drogi rozwiązania zaistniełego problemu w sposób nie godzący w drugiego człowieka. Bodajże Kinga wspomniała o rodzicach spełniających marzenia tylko i wyłącznie własnym dzieckiem; rozumiem, ale czy nie istnieje obowiązek ze strony niektórych środowisk do wskazywania alternatywy jaką mogą być adopcje, stanie się rodziną zastępczą, czy opieka nad samotnymi matkami. Uważam, że warto wskazywać taką alternatywę, a nóż widelec komuś zaświeci się żarówka, że można inaczej.

  13. I żebym była dobrze zrozumiana. Nie uważam, że ludzie, którzy chcą zastosować in vitro powinni się już lepiej rozwieźć. I nie wiem co ja bym zrobiła gdybym była głodna, skoro jestem najedzona, choć teraz mi się wydaje to oczywiste.
    Chcę tylko zapytać czy naprawdę takie naklejanie plasterków jest dobrym planem na życie? A co jak klej się rozmoczy? Wszystko weźmie w łeb?

  14. I jeszcze tylko chciałam się zgodzić z Bartłomiejem. W temacie niewiedzy coczynienia.

  15. Mówicie tu wszyscy bardzo dużo na temat stawiania się w miejscu nieodpowiednim dla siebie (np. w miejscu Boga). W jakim miejscu stawia się ktoś, kto mówi „rozumiem ból”, jeśli dobrowolnie rezygnuje z możliwości zrozumienia takiego bólu? Ten kto ma pełną rodzinę nie zrozumie bólu po stracie rodzica. Syty nie umie postawić się na miejscu głodnego. Bo i po co?

    Paulina Filipiak i Magda Kap poruszyły niezmiernie ważną kwestię – ile małżeństw rozpadło się z powodu bezpłodności jednego z małżonków (idąc dalej – czasem z powodu niewierności spowodowanej głęboką chęcią posiadania potomstwa, która nie mogła zostać zaspokojona w świętym związku małżeńskim)? Odpowiedź jest banalnie prosta. Mnóstwo. Nie ma tu nad czym myśleć.

    Mnóstwo małżeństw rozpadło się też z powodu źle uprasowanych skarpetek, brudnej szyi, nieświeżego oddechu czy zapominalstwa męża (objawiającego się notorycznym nieprzynoszeniem bukietu czerwonych róż z okazji rocznicy ślubu).
    Znam kogoś, kto ma pewien cudowny plan. Plan na życie, który ponoć działa. Na tym polega jego cudowność.
    Otóż plan wygląda tak, że jak się ludzie spotykają już jakiś czas i przychodzi kryzys (np „kryzys dwóch lat”) to trzeba coś ze sobą zrobić. I albo ludzie się rozstają albo np zaczynają ze sobą mieszkać.
    Potem jest za jakiś czas kolejny kryzys (zwykle z powodu wyżej wspomnianych skarpetek lub innych części garderoby) no i wtedy to już się trzeba generalnie oświadczyć, bo każdy kryzys wymusza zmiany.
    No i od oświadczyn do ślubu jakoś tam leci, bo przygotowania, bo planowanie, bo zamawianie kwiatów, i jeśli się nie stanie tak, żeby „zakochani” rozstali się zanim wyboistą drogą dotrą do ołtarza „łask”, biorą upragniony ślub.
    Nie całkiem pewnie wiedzą dlaczego, ale tak się robi. Nie do końca wiedzą po co – prócz tego, że miało się coś zmienić. No i nie specjalnie chyba mają pojęcie co dalej.
    A dalej zwykle nie jest łatwiej niż dotąd, bo jeśli ślub się brało dla zaleczenia kłopotów, pięknej podróży poślubnej, wymarzonych prezentów i fajnej imprezy (zwanej weselem), to można spodziewać się (tzn. ja się spodziewam, ci, którzy tak robią chyba nie całkiem), że kłopoty pojawią się znowu.
    Wszystko jest pięknie do czasu. Mąż późno wraca z pracy, nie mamy dla siebie czasu, nie daj Boże mieszkamy z teściami, nie chodzimy już na romantyczne kolacje. Olaboga. Tragedia. Potrzebne lekarstwo na chorobę zwaną małżeństwem.
    I tutaj ktoś wpadł na genialny pomysł.
    Zróbmy sobie dziecko.
    A jak nie idzie „po Bożemu” to idziemy do sklepu i pani zza lady wyciąga różowiutkiego bobaska, co to jest zupełnie taki jak my. Cudnie. Gorzej jak zacznie płakać w nocy. Bo niby kto ma do niego wstawać?

    „Wszystko to co zostało powiedziane przed ale jest nieważne”.

    ALE

    Czy naprawdę uważacie, że ci ludzie powinni mieć dzieci?

    Bo mi się tak jakoś wydaje, choć nie chcę stawiać się w miejscu dla mnie nieprzeznaczonym jako osoba, która o swojej płodności lub jej braku wie niewiele, że jak się ludzie naprawdę kochają to brak dziecka uda im się przetrwać. I ich wzajemna miłość będzie wystarczająca, choć z pewnością pogodzenie się z takim stanem rzeczy nie jest łatwe. Może jestem fantastką i nie wiem o czym mówię. Ale wierzę, że miłość „wszystko przetrzyma”.

    A jeśli małżeństwo ma się rozpaść z powodu bezpłodności to równie dobrze może się rozpaść z powodu braku chętnego do wynoszenia brudnych pieluch. Ja za takie małżeństwo dziękuję. Lepiej, żeby się z nimi dziecko nie męczyło.

  16. Zgadzam się z argumentem, że życie jest kwestią Boga i sądzę, że może on trafić do wielu ateistów. To tylko my w zły sposób formułujemy ten argument. Zawsze, wydaje mi się, że zbyt pochopnie stwierdzamy – tak jak w tej debacie – że to do ateistów nie trafi. Może pora zadać sobie pytanie czy jeden ateista jest równy drugiemu? Jedni z pewnością zignorują argumenty odwołujące się do czegoś co jest ponad naszą rzeczywistością, ale są też tacy, którzy chętnie takie tematy poruszają, a nawet wchodzą w pewien dialog (tylko, że o nich się najczęściej nie słyszy, bynajmniej nie z powodu ich małej liczby) . Dlaczego więc mamy sądzić, że argumenty odwołujące się do Boga mają być nieskuteczne?
    Jednak nie o ateistach chciałbym tutaj pisać. Ponieważ osoby, które popierają zapłodnienie in vitro, przeze mnie spotykane, na ogół nimi nie są, a legitymują się jako chrześcijanie lub przynajmniej jako wierzący.
    Gdy dyskutuje się z nimi, wręcz domagają się, aby pokazać im „Gdzie to w biblii jest napisane”.
    Również jest potrzeba stworzenia takiej argumentacji na poziomie ekumenicznym. Gdyż kościoły protestanckie zaczynają przyjmować zapłodnienie in vitro jako formę leczenia niepłodności i spełnienie biblijnego nakazu płodności.
    Pisząc to nie skłaniam się do tezy, że religijne argumentowanie jest czymś najlepszym.
    Myślę, ze musimy budować jako – zakładam – katolicy „polifoniczną” debatę ad extra w obronie życia poczętego. Powinna ona mieć charakter religijny, filozoficzno-etyczny, naukowy czy nawet publicystyczny.

  17. Bardzo ciekawe jest to, że wiele osób komentujących jest dość powściągliwa w wydawaniu jednoznacznych osądów, nawet pomimo tego, że opowiadają się za obroną życia. Żebym nie został źle zrozumiany- chwała każdemu, kto broni życia, jednak doświadczenie dowodzi, że mocne stwierdzenia, to często równie mocno nieprzemyślane stwierdzenia. I nie życzę przy tym nikomu trudnych moralnie wyborów życiowych. Chociaż zawsze może się trafić tak, że weźmiemy ślub z osobą, która w razie bezpłodności będzie nalegać na in vitro. I co wtedy, rozwód? Cieszy mnie dlatego to, że inni ludzie nie są skorzy do potępiania drugiego człowieka. Jeśli chodzi natomiast o osoby stosujące In vitro, to chociaż jest to banalne, idealnie pasują tu słowa „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. I nie wiem, co jest większym problemem: to, że czynią, czy to, że nie wiedzą, co czynią? Uważam, że drogą, którą powinien obrać Kościół jest ta, wiodąca do uzmysłowienia ludziom, że życie nie jest kwestią poglądów, filozofii, a nawet religii, a czegoś więcej, bo to oznaczałoby, że Bóg również istnieje dla religii. Swoją drogą, to słowo „uzmysłowienie” dobrze oddaje istotę rzeczy. Bo ludzie wydają się odarci ze swoich „duchowych zmysłów”- odczuwania, współczucia. I czy tego chcemy, czy nie, to nie ma bardziej uprawnionej instytucji od Kościoła, która byłaby bardziej odpowiednia właśnie do tego uzmysławiania.

  18. Kwestia in vitro jest kwestią sporną. Jednakowoż uważam, że sztuczne zapłodnienie nie jest wyjściem, które dostoi człowiekowi będącemu katolikiem. Nasza wiara ma swoje niepodważalne wartości. A zabijanie kilkunastu istnień kosztem jednego, wymarzonego, jest kategorycznym zaprzeczeniem przykazania „nie zabijaj”. Dziecko jest darem, nie można go „zamówić”, nie można go ukształtować. Dziecko to dar Boga i żadna technologia nie jest w stanie ukształtować człowieka, to jedynie Bogu dostępna kwestia. Człowieka to nic innego jak istota stworzona na wzór i podobieństwo Boga. I właśnie z racji tego faktu,tylko Jemu dane jest kształtowanie człowieka. Embrion, skoro Bóg tak chciał, powstał i już od początku jest zalążkiem człowieka. Jest Boskim obliczem, i nie wolno traktować go jako byt istniejący, lecz jedynie pod warunkiem zgodności „życzeń” rodziców. Tym bardziej, że in vitro stało się fabryką tworów ludzkich. Bez możliwości jednorazowej kwalifikacji, wybierane są tylko te embriony, które są silne. Jednocześnie likwidując te, które nie odpowiadają „obrazowi” ideału. Rodzice, którzy często nie wiedzą, że poczęli dziecko nie interesują się tym nowo narodzonym człowiekiem. A właśnie ono ma prawo do życia, ma prawo do rodziców, do szczęścia. In vitro to pomyłka, to krzywdzenie istoty ludzkiej. To potępienie boskiego prawa do powoływania do życia. Życia może być jedynie nadane i jedynie odebrane przez Boga, i tym samym wszelkie prawo dotyczące ludzkiego bytu należy do Boga.

  19. Myślę, że debata na temat in vitro nie ma szans na rozstrzygnięcie, ani tu, ani nigdzie indziej. I nie pomogą argumenty medyczne, katolickie…
    Prawda jest taka, że każdy na tę sprawę patrzy z innego punktu widzenia. Każdy znajduje się w innym kontekście, który ukierunkowuje go w opinii. Choć jest wiele sprzeciwów, bo nam nie mieści się w głowie jak można zabić jedno dziecko kosztem drugiego…Inni myślą innymi kategoriami.
    Wczoraj w programie Krzysztofa Ziemca „Prawdę mówiąc” gościem była Siostra Małgorzata Chmielewska. Mówiła, że wg statystyk we Francji prawie już się nie rodzą dzieci z zespołem Downa…a to wszystko za sprawą in vitro – ingerencji w ludzkie życie. Czy to jest normalne?
    Czasem życie mnie przeraża, a jednocześnie zastanawia, co będzie za kilka lat, kiedy medycyna ze zdwojoną siłą będzie nam oferowała takie „szybkie leki”? Czy zostanie w nas choć krzta człowieczeństwa czy tylko mechanizm?

  20. Zgadzam się z niektórymi głosami – powyższe argumenty nie przemówią do ateistów. Oni odczytują świat według własnego klucza. Ponadto poruszony problem wartości życia też wydaje się być kwestią światopoglądu. Obecnie wartość często odczytuje się właśnie jako jakość.

    Autor bloga pisze: „Podejście do płodności ma wiele aspektów: jedni mogą a nie chcą, inni chcą a nie mogą, jeszcze inni nie powinni a próbują.” Myślę, że to zdanie jest bardzo ważne z dwóch powodów: po pierwsze – można je odnieść do każdej sfery życia, po drugie – ukazuje, że takie sytuację budzą w człowieku potrzebę sprawiedliwości. Jednak sprawiedliwość Boska jest taka, jaka jest, nawet, gdy trudno czasem zrozumieć ją tu, na ziemi. Jedynym logicznym wytłumaczeniem wydaje mi się to, że Pan Bóg robi, co chce i ma do tego święte prawo… (Tu polecam wiersz „Sprawiedliwość” ks. Jana Twardowskiego)

    Poza wszystkim, jestem daleka od osądów. Chyba nigdy nie odważyłabym się powiedzieć, że „rozumiem ból rodziców niepłodnych”. Często warto i trzeba zająć stanowisko w pewnych sprawach. Rzadko jednak pozostaje ono bez żadnego „ale”. Na koniec, pozwolę sobie przytoczyć myśl ks. Bonieckiego: „Sfera ludzkich sumień zawsze musi pozostać otoczona szacunkiem. Zawsze za konkretną decyzją będzie stał konkretny, wolny człowiek (…). Rzecz w tym, żeby wybierając, wiedział, co wybiera. Nie sądźmy nikogo, bo sędzią sumień jest Bóg.” (Zob. Boniecki A., Sfera ludzkich sumień, w: Lepiej palić fajkę niż czarownice, Kraków, 2011)

    Do tego dodałabym jedynie, że sędzią doskonałym…

  21. Zgadzam się, że w przypadku in vitro dzieci traktowane są z nienawiścią. Chyba jest to dobre słowo na opisanie praktyk, które pozwalają zabić człowieka jeszcze przed narodzeniem. Taka selekcja na człowieka do kochania, i takiego do zlewu. Posiadanie odmiennej wizji człowieka i patrzenie na embrion jak na coś gorszego od urodzonego, nie może być żadnym usprawiedliwieniem. Naziści również mieli odmienną koncepcję, tyle że granice człowieczeństwa przesuneli jeszcze dalej.
    Według mnie trudno mówić o in vitro nie odwołując się do Boga, nawet jeśli ludzie nie akceptują takich argumentów, to my nie możemy odcinać się od nich przy sprawach tak ważnych jak kwestie życia i śmierci. Część ludzi nie wierzy w istnienia dobra lub zła. Czy to znaczy, że specjalnie dla nich mamy wymyślać argumenty bez odwoływania się do moralności? Podawanie samych medycznych korzyści lub przeciwskazań wydaje mi się być mocno zubożające temat.

  22. Tak, niepokalane poczęcie może być podane jako argument na istnienie człowieka od poczęcia. Ale nie jest to argument, który mógłby przekonać czy skłonić do zastanowienia się ateistę, czy kogokolwiek innego niż chrześcijanina lub katolika.

  23. W artukule pojawiło się kilka ważnych aspektów. Pzrekazywanie życia, stawianie się w roli stwórcy, czy wreszcie postawa własnościowa.
    O owej postawie własnościowej, mówił kiedyś Ojciec Jacek Salij w programie Wc Kwadrans. Idąc za jego argumentacją, muszę stwierdzić, że owa postawa własnościowa domaga się również prawa do aborcji. Na ostatnim wykładzie wspominał ksiądz, o tym iż, niepokalane poczęcie jest najsilniejszym argumentem w debacie o ochronie życia. Człowiek istnieje już od momentu poczęcia i tego nie zmieni żadna terminologia.

  24. W artykule padają takie słowa: „Człowiek może mieć pragnienie, zresztą prawomocne i słuszne. Ale pragnienie można zaspokoić w sposób godny człowieka: na miarę godności tego, kto pragnie i na miarę godności tego, kogo pragnie.”, z którymi w pełni się zgadzam. Dlatego nigdy nie przyjmę za prawdę, że in-vitro jest lekarstwem na depresję. Bo to jest niby-lekarstwo o bardzo mizernych podstawach. Jeśli swoje powołanie do rodzicielstwa odnajdę tylko w dziecku do mnie podobnym, o zbliżonych do moich cechach to niedaleka tu droga do próby choćby uczynienia z syna czy córki własnej kopii (może czasem trochę ulepszonej o moje nieziszczone marzenia).
    Więc za Wojtkiem powtórzę raz jeszcze, że potrzeba zrozumienia najpierw tego, że czym jest życie: że jest ono darem, cudownym i niepowtarzalnym darem, a dopiero potem zastanawiać się nad współpracą w jego przekazywaniu.

  25. W czasie składania przysięgi małżeńskiej do nowożeńców skierowane jest pytanie „Czy chcecie przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?” Już te słowa wskazują na to kim jest dziecko – darem .
    Co do kwestii czy embrion jest człowiekiem? Skoro dziecko się rodzi jako wcześniak np. w 5 czy 6 miesiącu ciąży, jakoś nikt nie zastanawia się: ratować czy nie? Z tego wynika, że człowiek jest człowiekiem od poczęcia, nieważne w której fazie rozwoju.
    Zastanowiłam się też nad tym co napisała Karolina, że rodzice cieszyliby się z dziecka z in vitro nawet jeśli byłoby chore. Właśnie, ciekawe czy tak rzeczywiście by było, czy może ludzie, którzy na tak (było nie był) kosztowny zabieg się decydują nie chcieliby zdrowego, pięknego dziecka – tego wymarzonego? W końcu skądś selekcja w laboratoriach się odbywa.
    Uważam również, że więcej powinno mówić się, jeśli nie o naprotechnologii to o wartości i potrzebie adopcji. Bo skoro, ktoś zapewnia, że chce mieć dziecko by dać mu miłość, to tu mógłby dać jej jeszcze więcej – komuś opuszczonemu. A jeśli ktoś chce mieć tylko „swoje” dziecko, a nie dziecko, to może należy mu pomóc zrozumieć sens rodzicielstwa. Czy powiązanie biologiczne zawsze zastąpi wszystko?

  26. Ludzie tak bardzo lubią krytykować, negować, wypowiadać się na temat sytuacji, których nigdy nie doświadczyli. Prawda jest taka, że ci, których dotknęło cierpienie, nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego mnie to spotkało?”, a tym bardziej z pokorą pogodzić się ze swoim losem. Zgadzam się z wypowiedzią Pauliny i Karoliny, że „małżeństwa bezpłodne” nie słuchają argumentów typu: „możecie zaadoptować”, „musicie pogodzić się z wolą Bożą”, „musicie zawierzyć Bożemu planowi”. Jak wiele jest małżeństw, które z powodu bezpłodności, nie przetrwały.. W grupie tych ludzi są również katolicy, którzy ze względu na wiarę nie zdecydowały się na in vitro, jednak zdecydowały się na kolejny związek, mimo iż Kościół tego również nie akceptuje. Z tych związków rodzą się dzieci. Czy w takim razie można im odmówić prawa do życia, bo zrodziły się „z grzechu”? O nich nikt nie dyskutuje i nie ma wątpliwości, że są ludźmi. Kolejną kwestią poruszoną już przez Paulinę F. jest sprawa adopcji. Polskie przepisy adopcyjne raczej ją utrudniają niż umożliwiają. Kryteria, w świetle których sprawdzani są przyszli rodzice, często dyskwalifikują ludzi, którzy mogą stworzyć prawdziwą rodzinę.

  27. Karolino, chodziło mi to, żeby dany człowiek uznał, że jego własne życie jest darem i z tego powodu, nawet jeśli cierpi na bezpłodność, nie akceptował próby „produkowania” życia, czyli metody in vitro.

    Jak takę wrażliwość kształtować? Można na przykład przeprowadzić w tym temacie kampanię medialną, która będzie mocno oddziaływała na uczucia. Chodzi mi między innymi o promowanie klipów w podobnej estetyce jak ten: http://www.youtube.com/watch?v=1mbjFwjSc_Y&feature=player_embedded

  28. Zgadzam się z Karoliną. Możemy jedynie „gdybać” jakbyśmy zachowali się będąc w takiej sytuacji. Trudno jest pojąć i zrozumieć jak czują się młodzi ludzie, kiedy nie mogą mieć dzieci. Myślą wtedy w zupełnie inny sposób, potrafią być głusi na wszystkie argumenty. Nie sądzę też, że jest to wynikiem samolubstwa, bo dziecko im się należy, ale tego, że mają w sobie ogrom miłości i nikogo (prócz siebie) komu mogą ją przekazać! Może też dlatego in vitro bywa jednak lekarstwem, ale w sensie psychologicznym. Lekarstwem na depresje małżonków. Jeśli małżeństwo powołane jest w celu spłodzenia dziecka, zaczynają zadawać sobie pytanie: po co JA zostałem powołany/a do życia? Jakie jest moje zadanie, misja? Ciężko jest im odnaleźć się w życiu, skoro to, czego tak bardzo pragną, jest dla nich niedostępne. Wielu z nich chce mieć potomka, który będzie wyglądał jak oni sami, będzie miał podobny charakter, dlatego tak trudno jest im zdecydować się np. na adopcję. Poza tym przepisy adopcyjne w Polsce są bardzo zawiłe i przebrnęcie przez cały proces sprawia, że przyszli rodzice tracą zapał. Co więcej praktycznie niemożliwa jest adopcja dziecka od tzw.”kołyski”.

  29. Karolina, zgadzam się z Tobą, że aby podejść zdrowo do in vitro, trzeba uzmysłowić sobie kim jest embrion ludzki. Zignorowanie tego pytania prowadzi do wielu wypaczeń i uprzedmiotowienia człowieka. Szczególnie dzisiaj widoczne manipulowanie sumieniem człowieka – pamiętajmy, że dochody z in vitro to są kolosalne pieniądze, istnieje nawet „podziemny” handel zarodkami. Można wybrać sobie kolor oczu dziecka, kolor włosów itp. Co do twojego wcześniejszego komentarza, to myślę, że chodzi o to, że życie jest kwestią tego, do kogo ono należy i od kogo pochodzi. Na zdrowy rozum biorąc: życie nigdy nie pochodzi od człowieka ( tak jak to Ksiądz ujął, człowiek może jedynie to życie przekazać i to nie zawsze) i nie od człowieka zależy. Dla nas wierzących, życie zawsze będzie kwestią Boga. A dla niewierzących? Myślę, że dla nich życie jest kwestią śmierci. Śmierć jest niejako pytaniem o życie. Spytaj ateistę, czym dla niego jest śmierć, a będziesz w stanie wydedukować, czym jest dla niego życie.

    Nie rozumiem z kolei jednej rzeczy, którą autor napisał: „Osoba nie jest kwestią uznaniową. Ona po prostu jest. Jest nią od poczęcia i nie jest, kiedy w naturalny sposób począć się nie może.” Zrozumiałam to w ten sposób, że dziecko poczęte metodą in vitro nie jest człowiekiem. Z każdym innym punktem wpisu zgadzam się, ale wydaje mi się, że jedynym argumentem przemawiającym „za” in vitro jest to, że jednak powstaje człowiek. Co prawda kosztem wielu innych, ale to jest człowiek.

  30. Wojtku, co masz na myśli pisząc:”ale może na początku lepiej pokazać ludziom, jak cudowny jest dar życia, którym może cieszyć się każdy z nas.” -> bo osoby bezpłodne niestety nie skorzystają z tej radości i stąd cała debata o in vitro (swoją drogą mowi się o tym duzo wiecej, niz o naprotechnologii; ciekawe jest to, ze in vitro jest bardziej szumne medialnie..nie wiem dlaczego) Po za tym, jak to powiedziala mi osoba niewierzaca i wahajaca sie z in vitro, ze pewnie rodzice, ktorzy sa bezplodni cieszyliby sie z tego dziecka poczetego metoda in vitro, nawet jesli byloby chore, ale byloby hm w ich mniemaniu ich. No i pytanie, jak pokazac ludziom, jak cudowny jest dar zycia, jak pokazac to osobom bezplodnym? (malzenstwu, ktore nie moze miec dzieci) Czy jedynymi rozwiazaniami jest adopcja, albo przymus pogodzenia sie z tym, ze dziecka miec nie moga. Jak dla mnie sprawa jest bardzo trudna i jak juz pisalam, ciężko nam oceniać i krytykować kogoś, jeżeli sami nie jesteśmy w danej sytuacji. A po drugie, grunt to uzmysłowić sobie( z tym się zgadzamy i opisujemy to jako kluczowe) kim jest embrion, a wtedy sprawa wydaje się być nieco łatwiejsza…

  31. Z tego artykułu promieniuje wrażliwość na wartość życia. Mam wrażenie, że takiej wrażliwości w świecie dzisiejszym bardzo brakuje. Niewątpliwie wiara w Boga pomaga dostrzec wartość życia, chociaż osoby niewierzące też mogą tę wartość zauważyć i się nią cieszyć. Wystarczy przecież pomyśleć, że moje własne życie jest darem niezasłużonym. Nie mieliśmy żadnego wpływu na początek naszego życia i nie będziemy mieli zbyt dużego wpływu to, kiedy nastąpi jego koniec.

    Szacunek do życia ludzkiego nie przejawia się jedynie w sytuacjach skrajnych (np. in vitro), ale również w zwykłej codzienności. Trzeba nauczyć się radości z tego powodu, że się po prostu „jest”. Myślę, że wtedy bardziej rozumie się na czym polega zło metody in vitro. Jest się bowiem bardziej wrażliwym na wartość życia.

    Zgadzam się z Karoliną Jabłońską, że sprawa uznania embrionu za człowieka jest kluczowa, ale może na początku lepiej pokazać ludziom, jak cudowny jest dar życia, którym może cieszyć się każdy z nas.

  32. „Życie jest kwestią Boga i niech tak pozostanie.” ten argument z pewnością nie przemówi do osób, które twierdzą, że Boga nie ma. Pytanie więc czy w takim razie życie jest kwestią człowieka? Gdyby tak było, działalibyśmy wciąż na zasadzie oko za oko. Należy przemyśleć, czyją kwestią pozostaje życie dla osoby niewierzącej. Miałam okazję w ostatnim czasie rozmawiać z taką właśnie osobą i rzeczywiście ten argument do niej nie przemawia wcale, natomiast statystyki i badania medyczne już tak. Problem wciąż leży w podstawowej definicji – czym jest embrion – ja śmiem powiedzieć kim jest embrion? Jeżeli to sobie uzmysłowimy, myślę, że nie będziemy mieć problemu czy wybrać in vitro czy nie… Jednak łatwiej nam mówić, jeżeli nie musimy stawać przed tym dylematem. Zawsze inaczej myśli się, kiedy problem dotyka bezpośrednio człowieka. Uważam, że ludzie muszą szczerze dostrzec, że embrion to człowiek, wtedy to mimo problemu jaki ich dotyka, nie wybiorą metody, ktora wybiórczo traktuje zycie ich wlasnych dzieci.

  33. W pewnym miejscu w artykule pojawiło się słowo nienawiść. Wydaję mi się, że to zbyt mocne słowo. Zgadzam się bowiem z Izą co do tego, że to naprawdę wątpliwe, aby rodzice decydując się na metodę in-vitro myśleli w takich kategoriach – życie za życie.
    Czy to efekt rzeczywistej niewiedzy czy wypierania prawdy, którą za wszelką cenę chcą zanegować w imię zaspokojenia własnych pragnień – trudno mi orzec. Na pewno jednak poważniejszym i groźniejszym dla tej, ale i innych przestrzeni czy kwestii życia ludzkiego wydaję mi się inny problem. Problem właśnie tej rozwijającej się wciąż nowomowy, którą wtłaczają nam do głów pewne środowiska, które z premedytacją lansują w społeczeństwie wygodny dla siebie punkt widzenia, niestety w celu nie innym jak odniesienie własnej, egoistycznej korzyści. I choć nie mam zamiaru wybielać rodziców podejmujących się zabiegu in-vitro, bo każdy z nas ma własny rozsądek i sumienie, które powinien umieć odpowiednio wykorzystać, to czuję, że o wiele większa wina leży z tej drugiej strony.
    Cały czas też boli mnie, że wciąż słyszymy pomysły o refundacji in-vitro, które jest obiektywnie złe, a nikomu nie przyjdzie do głowy przemyślenie sprawy rozpowszechnienia wiedzy na temat naprotechnologii i dofinansowania leczenia tą metodą lub choćby rozwoju badań nad nią. A przecież naprotechnologia w przeciwieństwie do in-vitro jest leczeniem, a nie tylko doraźną „pomocą” albo raczej jednorazowym spełnieniem życzenia rodziców, nawet jeśli może szybszym. Ale to właśnie z pwenością nie byłoby niektórym na rękę…

  34. To, jak rodzic będzie się czuł wychowując nieswoje dziecko, to nic w porównaniu do uczuć tego dziecka. Rodzic na własne życzenie godzi się, aby ktoś inny był dawcą, lub nosicielem. Natomiast tego małego dziecka nikt nie pyta o zdanie, czy chce mieć troje rodziców, pięcioro, a może tak jak w tradycyjnej rodzinie dwoje. Myślę że głównym problemem jest nieświadomość czym jest in vitro. Ludzie decydują się na nie, bo wszyscy o tym mówią jakby to było lekarstwo, a jeśli ma zostać refundowane przez NFZ, to już musi to być normalne. Dlaczego więc nie spróbować? Świat jest napędzany przez ludzkie „chcę” która zmienia się już coraz bardziej w „muszę”, nawet w kwestii człowieka, który zaczyna być traktowany na równi z przedmiotami. Autor napisał że „ in vitro to kochanie jednych, kosztem zanegowania istnienia innych”. Nie wiem czy można nawet nazwać że rodzice w ten sposób kochają chociażby to pierwsze dziecko, któremu uda się przetrwać. Oni kochają siebie, kochają swój egoizm, kochają się w swoich pragnieniach. Nie wiem czy można aż tak bardzo chcieć swego dziecka, aby wiedząc czym jest in vitro, zdecydować się na nie. Inne dzieci również można pokochać, jeśli tylko małżeństwo dojrzeje do tego i pogodzi się ze swoim powołaniem

  35. Zgadzam się z autorem, iż metoda in vitro nie jest lekiem na bezpłodność. Jest jednak często procesem dającym zdecydowanie szybsze efekty aniżeli faktyczne leczenie niepłodności. Może właśnie ten argument przeważa w decyzji rodziców, którzy pragną mieć swoje własne dziecko ponad wszystko na świecie. Nie zastanawiają się wówczas nad tym ile ich dzieci – embrionów zginie podczas tego procesu. Według badań, by mogło począć się dwoje dzieci, ginie około ośmiu embrionów. Nie zastanawiają się też nad tym, iż stawiają siebie na miejscu Boga. Ponadto nauka Kościoła, która wyraźnie stwierdza, że poczęcie poza aktem płciowym godzi w godność małżonków i dziecka, spychana przez nich jest na drugi plan.
    Szczególnym niebezpieczeństwem jawi się zapłodnienie heterologiczne, gdzie jednym dawcą jest osoba spoza małżeństwa. Jak będzie czuło się jedno z rodziców wiedząc, że nie wychowuje swojego dziecka? A przecież tyle dzieci czeka na adopcję przez ludzi, którzy obdarzą ich prawdziwą, rodzicielską miłością.

Możliwość komentowania jest wyłączona.