Ani chorych, ani zdrowych, ani lekarzy… (nie-biblijny komentarz do ewangelii o trędowatym)

Choroba sprowadza samotność – dość banalne, chociaż prawdziwe. Prawdziwe do tego stopnia, że zastanawiamy się, co było pierwsze. Jedno jest pewne: zarówno chorobę, jak i samotność przeżywa się w pojedynkę. A jednego i drugiego boimy się tak samo. Dzieje się tak z trzech powodów.

Nie ma chorych, jest choroba. Choroba jest trudną sytuacją graniczną. Najtrudniejsza nie jest ona sama, lecz człowiek w chorobie. Bo choroba – podobnie jak zdrowie – jest częścią prawdy o człowieku, z tą różnicą, że zdrowego się nie wyklucza.

Nie ma zdrowych, nie ma kryteriów. Bo zdrowie to nie tylko brak choroby. To potrzeba tej samej odwagi prawdy, której człowiek potrzebuje w chorobie. Boimy się więc samotności (choroby) i prawdy (o zdrowiu). Za jedno się wyklucza, za drugie oskarża o brak tolerancji.

Nie ma lekarzy, bo i po co? I nie chodzi o spór z rezydentami. Chodzi o bardziej egzystencjalną i społeczną perspektywę. Nie ma lekarzy, bo nie ma odważnych, aby kogoś nazwać chorym, gdyż nazwać drugiego chorym, to jednocześnie określić prawdę o sobie samym: chory albo zdrowy. Lekarz nie zawsze jest zdrowy i nie zawsze znosi chorobę własną lepiej niż chory. Tak samo boi się wykluczenia i samotności.

Społeczeństwa doświadczane przez historię wyrobiły w sobie maksymę: trzeba być silnym i zdrowym! Do tego stopnia staje się ona istotna, że w jej imię zaciera się prawdę o chorobie. Lepiej umrzeć (zdrowo!) niż przyznać się do choroby. I tak umieramy (zdrowo!) w naszej świadomości historycznej, w świadomości rodzinnej, jednostkowej.

Trzeba być silnym i zdrowym! To ważne, dopóki kojarzy się z nadzieją. Ale staje się małe, gdy prowadzi aż do wyparcia prawdy o tym, że wszyscy w jakimś sensie nosimy w sobie chorobę, a przynajmniej jej skutki.

A może trzeba mieć odwagę na przyjęcie prawdy, czasem nawet samotności? I wtedy życie na nowo stanie się zdrowe, bo będzie w nim miejsce, na chorych, zdrowych i lekarzy.

Kryzys dla odważnych

Życie społeczne przyzwyczaiło nas do rozumienia kryzysu jako czegoś, co pomniejsza wartość człowieka, inicjatywy, społeczeństwa. Unikamy kryzysów, ludzi w kryzysie, sytuacji kryzysowych. Oczywiście jest też druga skrajność wyrażająca się w tezie, że kryzys się ma, albo się miało, albo będzie mieć. Konsekwencja logiczna jest prosta: życie jest albo przeżywaniem kryzysu, albo wychodzeniem z niego, albo przygotowaniem się do niego. I tak schemat goni schemat.

Kryzysu nie da się zaplanować. Najlepiej widać to obserwując specjalistów od kryzysu… w kryzysie. Można go jednak założyć, i to nie tylko jako potencjalne fatum, ale jako coś co zdarzyć się może, a nawet powinno. Kilka przykładów.

Człowiek, który chce zdobyć szczyt próbuje wszystko zaplanować. W pierwszej fazie wspinaczki praktycznie wszystko zależy od niego, aż do momentu, od którego inicjatywę przejmuje szczyt. To już nie prawa człowieka, lecz szczytu decydują o sukcesie. W tym właśnie momencie pojawia się kryzys. Oddać część swoich pewników albo się wycofać. Ale szczyt jest dopiero po tej drugiej stronie, niezależnej do końca od człowieka.

Relacja z człowiekiem. Większość relacji próbujemy kontrolować. Wychodzimy do człowieka, ale do połowy drogi. Do momentu, w którym jeszcze kontrolujemy i to my decydujemy o kroku wprzód lub w tył. I znowu moment kryzysu. Albo odda się część swojej pewności i zabezpieczeń, albo trzeba wrócić na swoje pozycje i z kimś nowym zaczynać od nowa. To dlatego łatwiej kochać niż być kochanym.

Dzisiejszy dzień jest poświęcony uchodźcom (w Kościele) i Wielkiej Orkiestrze (w Polsce). Ale i tu można uciec przed kryzysem. Może zadzwonić ktoś biedny, mogę otworzyć drzwi, coś dać i wycofać się do siebie. O wiele trudniejsza sytuacja jest wtedy, gdy ktoś prosi, bym pomógł mu tak gdzie żyje. Wyjść z mojego bezpieczeństwa, przełamać kryzys i dać się prowadzić cudzej biedzie.

Nikt z nas nie lubi kryzysów. Jednak prawdziwy szczyt, prawdziwa relacja z drugim człowiekiem i prawdziwy potrzebujący jest po drugiej stronie kryzysu. Po stronie nie moich praw i warunków. To dlatego tyle wycieczek w niskie góry (nieoświetlone Morskie Oko), tyle relacji (media społecznościowe) i tyle akcji pomocy biednym. Bo to wszystko jest po „mojej stronie kryzysu”.

Ta druga strona nie jest już dla altruistów. Ona jest wyłącznie dla odważnych – bez pośredników, bez zabezpieczeń, ryzykując wszystko.