Cele obok drogi

Każdy z nas słyszał już wielokrotnie w życiu wezwanie do zmiany. W języku religijnym mówimy o nawrócenia, ale ostatecznie chodzi o to, że przychodzi taki moment, w którym pytamy samych siebie o sprawy najważniejsze. Jednym z istotnych elementów w tym procesie jest czas.

Wspólnym mianownikiem dla takiej zmiany, niezależnie od poglądów i światopoglądów, może być zdanie: czas jest krótki. Rodzi to kilka konsekwencji praktycznych. Skoro czas jest krótki, to można położyć akcent właśnie na tę krótkość, albo na to, że mamy wiele do zrobienia a czasu jest mało. Krótkość paraliżuje, natomiast uchwycenie zasadniczego celu sprawia, że ta krótkość wzywa człowieka do porzucenia bezczynności. „Czas jest krótki” oznacza, że jest go naprawdę niewiele na sprawy ważne.

Takie podejście do czasu uczy dystansu. Dystansu do celów „obok” drogi. Cele mogą być różne: studia, małżeństwo, praca. Ale one wszystkie są jakby „obok”, ponieważ nikt z nas nie sprowadzi całego życia wyłącznie do nich. One służą czemuś, wpisują się w drogę „ku”.

Krótkość czasu jest też wyzwaniem do odkrycia prawdziwej wolności. Wiele jest rzeczy, które nas zniewalają. Sprawy do załatwienia „na wczoraj”, rzeczy, których nie można przełożyć, a nawet newsy, których nie można nie odczytać. Tak dzieje się jednak, kiedy człowiek zatraci dystans do prawdziwego celu.

Taka refleksja przypomina ciągłe zaczynanie od nowa. Stawianie tych samych pytań, ustawianie nowej hierarchii celów. Ale czy zaczynanie od nowa musi być zawsze zaczynaniem od zera? Jeśli tylko człowiek próbuje żyć sensownie, wtedy powrót do pytania o cele jest zawsze pytaniem z perspektywy dystansu drogi już przebytej. A doświadczenie nie błądzi nigdy. Błądzą tylko nasze oceny. I dlatego warto doświadczyć dystansu do celów obok drogi, które czasem sprawiają wrażenie jedynych. A czy nazwiemy to zatrzymaniem, by pomyśleć, nabraniem dystansu, odpuszczeniem sobie czy nawróceniem, jest to już naprawdę wtórne.

Wybór podstawowy

Demokracja nauczyła nas wyborów: tych ważnych i tych niewiele znaczących. Bywa, że stają się one cezurami poszczególnych etapów naszego życia. Niewątpliwie zmieniamy się pod wpływem tych etapów. Ale czy aż tak bardzo? To zależy tak naprawdę tylko od nas.

Marek Aureliusz napisał kiedyś takie zdanie: Kto bowiem dokona podstawowego wyboru […] nie popada w teatralność, nie jęczy, nie potrzebuje samotni ani towarzystwa.

Wybrać bycie człowiekiem, na każdym etapie swojego życia. To jedyny sensowny wybór, który może sprawić, że się nie rozsypiemy.

Komedia ludzka, czyli w poszukiwaniu straconego dnia

Maj i czerwiec to miesiące bardziej wolne niż te wakacyjne, ale zawsze kojarzone z początkiem ciepłych, słonecznych dni, wolnych od pracy, z wyjazdami za miasto i korkami z ich powrotów. Całe zamieszanie zaczyna się 1 maja, potem jest 2-gi, zazwyczaj wolny lub odpracowywany (zależy kto ile ma szczęścia) i 3 maja, a najlepiej żeby przypadał w piątek, bo wtedy kolejne dwa dni też wolne.

I tak mija pierwszy długi weekend…

Za dwa tygodnie wypada Święto Bożego Ciała – w czwartek, które niewielu miastowym, już dziś kojarzy się z procesją przez miasto i mszą świętą, ale z powodem do kolejnych dni wolnych od codziennych obowiązków, bo po nim piątek, sobota, itd..

I tak mija drugi długi weekend…

Potem obchodzimy Dzień Matki, 31 maja Światowy Dzień Bez Tytoniu i w końcu 1 czerwca Dzień Dziecka, od ostatniej niedzieli – także Święto Dziękczynienia (przynajmniej archidiecezja warszawska)… I na tym nie koniec…

…bo 5 czerwca po raz pierwszy w Polsce obchodzić będziemy Międzynarodowy Dzień Zbliżenia. (sic!)  Jak podają organizatorzy ma to być dzień rewolucji, kiedy to wszyscy ruszą na ulice większych miast w poszukiwaniu szansy na: – i tu się zaczyna rewolucja – na nową rozmowę, głęboką przyjaźń, przelotny romans, fascynującą znajomość. A wszystko to można kupić za coś, co mamy w sobie, za uśmiech. Czyli sprzedać kawałek siebie, a wszystko to w imię bezinteresownego okazywania życzliwości i nowej filozofii otwartości.

Tak jak rozumiem i szanuję Dzień Matki, bo każda matka zasługuje na to, by choć raz w roku usłyszeć słowo dziękuję; Dzień Dziecka, bo każde dziecko, nawet to, około trzydziestki lubi być rozpieszczane, Święto Dziękczynienia…, no cóż może i potrzebne, bo wymusi refleksję czy mam za co i komu dziękować? Tak, tej ostatniej propozycji w imię „otwartości bez granic” nie rozumiem!

Ale sprawa ma swoje drugie dno, bo jak można się dopatrzyć, pomysłodawcą nie są studenci, tych większych polskich miast, ale marketingowcy jednej z firm produkujących gumę do żucia… można powiedzieć, że reklama rządzi się własnymi prawami, nie ważne dobra czy zła, najważniejsze by była skuteczna. Pod warunkiem jednak, że nie otrzymuje się tekstu Manifestu do swojej skrzynki e-mailowej, bo to uważam już za naruszenie prywatności. 

Czego nam zatem brakuje, oprócz wolnych dni i powodów do świętowania z pobudek słusznych? Jedno jest pewne potrzeba nam otwartości lecz nie w imię nowej filozofii, ale otwartości umysłu na rzeczy mądre i potrzebne, by postawić jednak granice samowoli i głupocie.   

Balzac pisząc Komedię ludzką chciał nakreślić panoramę francuskiego społeczeństwa charakteryzując jego warstwy, ale był to czas romantyzmu, więc zrozumiałe, że nawet mistrz realizmu uległ charakterowi epoki. Marcel Proust, prawdziwym bohaterem swego dzieła W poszukiwaniu straconego czasu uczynił Czas, by oddać nieustanną płynność duszy, pozorną niekonsekwencję charakteru czy istnienie sprzeczności w człowieku.

Co można napisać o naszych czasach? Czego szukamy? Za czym biegniemy? Do kogo się zbliżamy?

Zakończę słowami mądrego człowieka Paula Riceura: w życiu są dwie rzeczy naprawdę trudne do zaakceptowania: po pierwsze, że jesteśmy śmiertelni, po drugie, że nie możemy być kochani przez wszystkich.

Organizatorzy Międzynarodowego Dnia Zbliżenia nie tylko zdają się przeczyć tym słowom, ale też mocno w to zaprzeczenie wierzyć, dlatego nie widzę świetlanej przyszłości dla filozofii otwartości, a wszystkim zainteresowanym kolejną akcją (a)społeczną życzę owocnych poszukiwań, szkoda tylko że straconych już na starcie…

                                                                                   

DS

 

 

 

*****

Kiedy Proust pisał W poszukiwaniu straconego czasu, wierzył, że czas stracony odzyskuje się poprzez odzyskanie cząstki siebie, którą się w tym czasie zostawiło. By ożywić czas nie było potrzeba wiele… wystarczył herbatnik. Tu jednak i Proust by sobie nie poradził. Nie można bowiem odnaleźć czegoś, czego się nie zgubiło. Nawet Bóg nie potrafi wskrzesić, czego nie stworzył. Bo wtedy mógłby tylko stworzyć.

A człowiek nie stwarzając wskrzesza. Wskrzesza rozmowę, której nigdy nie podjął; przyjaźń, której nie było; romans jako praktyczny wyrzut za nieprzeczytane romanse; i fascynującą znajomość – szkoda tylko, że nie z sobą.

Kolejny raz wyciąga się bezdomnego z domu, którego nie ma. Zaprasza do spaceru wiecznego „spacerowicza”…

I pozostaje tylko pytanie: Po co człowiekowi czas wolny? Po co? Bo przecież re-creatio nie oznacza już powrotu do stworzenia, do początku, do czegoś, co nie będąc zaczęło być. Dzisiejsze rekreacje są powrotem do haosu sprzed początku. Zachęcają do odpoczynku tam, gdzie Bóg dopiero zaczął pracować. Każą odpocząć przed miłością, która mogłaby zmęczyć; przed przyjaźnią, która mogłaby wymagać; przed sensem zanim zniszczy bezsens. Odpoczywamy. Tylko po co? Bo przecież nie mamy czasu, żeby się zmęczyć.

 

Jarosław A. Sobkowiak