Być studentem w czasach (nie)studiowania – debata

Jedno z trudniejszych pytań, jakie można obecnie postawić młodemu człowiekowi brzmi następująco: Co to znaczy studiować? Pozornie pytanie wydaje się proste. Studiować, to zapisać się na jakąś uczelnię. Ale nie odpuszczajmy tak od razu i zapytajmy po co? Powodów jest wiele, bardziej i mniej istotnych. Najbardziej banalny, chociaż egzystencjalny aż do bólu, to ubezpieczenie i zniżki. Inny, to wejście w nowy etap życia: nowe środowisko i nieco wyzwolenia od tzw. rodzinnej atmosfery i tradycji. Na którymś z kolejnych miejsc pojawia się także prawdziwa chęć studiowania, czyli zgłębianie czegoś, pod czyimś kierunkiem, w jakimś celu.

Student jest człowiekiem na tyle inteligentnym, że bardzo szybko wyczuje w tych pytaniach nutkę sarkazmu. Ale nie o to mi chodzi. Nie chcę pełnić roli wyrzutu sumienia, ani tym bardziej „starego zgreda”. Pytam, ponieważ też się zastanawiam.

Pytam, ponieważ czasem szczerze współczuję młodemu człowiekowi odpowiedzialności, jaka na niego spadła. Odpowiedzialności za organizowanie sobie życia, i nie chodzi mi o skalę mikro (tę student potrafił zagospodarować sobie zawsze), ale właśnie o odpowiedzialność za życie w skali makro. Mam na myśli narzucanie na młodego człowieka odpowiedzialności zastępczej (za brak perspektyw pracy, za zbyt słabe tempo edukacyjnych przemian), słowem za… Tę wyliczankę lepiej dokończylibyście sami.

Nie pomożecie nam, odpowiedzialnym za skalę makro Waszego studiowania, ani też my nie pomożemy Wam w Waszych oczekiwaniach, jeśli nie zdobędziemy się na odwagę podjęcia prawdziwego i rzeczowego dialogu. Dialogu nacechowanego odpowiedzialnością za wypowiadane słowo, bo to nie spontaniczny słowotok rodzi sensowne rozwiązania, przeciwnie – gruntownie przemyślane idee inspirują prawdziwe przemiany.

Zniechęcam do debaty w stylu „ponarzekajmy raz jeszcze”. Raczej spróbujmy odpowiedzialnie porozmawiać o tym, czego my – wykładowcy, oczekujemy od Was, czasem nie doświadczając, jak również o tym, czego Wy – studenci, oczekujecie od nas i doczekać się nie możecie. Zachęcam więc – jak przed laty uczynił to Étienne Gilson – do debaty o roli uniwersytetu, o tym, jak rozumiecie pojęcie universitas magistrorum et scholarium? Jaki sens ma dla Was dziesięć semestrów życia spędzonych w murach uczelni?

Debata ma sens, kiedy przynajmniej podświadomie można spodziewać się rozwiązań. Dlaczego więc ta debata ma sens dla mnie? Bo pytania są ważkie, a takich pytań nie powinno się pozostawiać bez odpowiedzi. Skoro stawiam pytanie, powinienem również mieć własną odpowiedź. Może Was rozczaruję, ale dla mnie ona jest prosta: podświadomie wyczuwam, że zależy nam na tym samym.

Zapomnieć, by być zapomnianym…

Wniebowstąpienie. Przedziwna tajemnica podświadomego uciekania od prawdy. Chcemy zachować wzniosłość nieba, by nie łączyło się z ziemią. Z niczym, czym żyjemy. W liturgii popatrzymy za Nim w niebo, pomachamy na pożegnanie, a potem wakacje…

Pozostaje tylko jeden problem: kto doświadczył w życiu czegoś wielkiego, nigdy nie będzie już taki sam. Doświadczyliśmy Go, a doświadczyć nie oznacza zrozumieć. Nauka już dawno nam to wyjaśniła. Dziecko doświadcza, czuje, chociaż jeszcze nie rozumie.

Lubimy to święto, bo przecież nikt do końca nie wie, czym jest niebo. Co innego proste znaki: wino, woda, chleb… Lepsze jest niebo, takie tajemnicze! Lepsze jest poszukiwanie bezgrzesznego Kościoła, bo takiego nie znajdzie się na ziemi.

Apostazja. Rezygnacja z pamięci. Udawanie, że to, czego się doświadczyło nigdy się nie zdarzyło. Tylko jeśli to wyprzemy z pamięci, będziemy musieli się wyprzeć również istotnej części siebie. Znam ludzi, którzy unikając wysiłku budowania szczęścia, całymi latami wmawiają sobie, że nigdy szczęśliwi nie byli. Podobnie, kiedy wiara staje się trudna, prościej wmówić sobie, że nigdy się nie wierzyło.

Ale przybicie kartki na drzwiach kurii nie zrodzi nowego Boga, ani nie zabije starego. Najwięcej powiedziałby o tym Luter. To pozornie nowe życie z nową wiarą jest równie ulotne jak kartka papieru przybita na drzwiach przez spłoszonego człowieka. Ale czy przez to będzie mu łatwiej?

Kto doświadczył Boga nie jest już taki sam, nawet gdyby chciał o tym zapomnieć.

Wybór podstawowy

Demokracja nauczyła nas wyborów: tych ważnych i tych niewiele znaczących. Bywa, że stają się one cezurami poszczególnych etapów naszego życia. Niewątpliwie zmieniamy się pod wpływem tych etapów. Ale czy aż tak bardzo? To zależy tak naprawdę tylko od nas.

Marek Aureliusz napisał kiedyś takie zdanie: Kto bowiem dokona podstawowego wyboru […] nie popada w teatralność, nie jęczy, nie potrzebuje samotni ani towarzystwa.

Wybrać bycie człowiekiem, na każdym etapie swojego życia. To jedyny sensowny wybór, który może sprawić, że się nie rozsypiemy.