Sumienie (nie)potrafi przeszkadzać

Już czwarta niedziela Zmartwychwstania. Prawie wdrukowało się w naszą pamięć zdanie, że jesteśmy tego świadkami. Może jednak warto postawić sobie pytanie: czego? Co widziałem, czego doświadczyłem, o czym mogę świadczyć?

Mogę wskazać bezpośredniego winnego – Judasz. Mogę też wskazać winnego pośredniego – konkretny naród. A ja? Oczywiście jestem świadkiem tej niesprawiedliwości.

Jak łatwo właśnie tak wytłumaczyć wszystko. Wskazać winnych a samemu być po tej właściwej stronie. Ale która strona jest właściwa? Czy nie odnosimy wrażenia, że uczestniczymy coraz częściej w jakimś (nie)swoim sumieniu? Przypomina ono trochę jakąś Inteligencję ze starożytnych filozofii. Zbiorowe sumienie zabezpieczone przez określoną grupę, do którego – po spełnieniu określonych warunków – mogę przynależeć.

Ale każdy z nas ma własne sumienie. I niedziela Dobrego Pasterza przypomina to w jednym prostym zdaniu: owce znają Jego głos, On zna je, a one idą za Nim. Tylko, że ten głos można usłyszeć tylko w sumieniu… własnym. Czasem zakłopotanym niepewnością. Tylko takie sumienie potrafi niepokoić. Ale też tylko takie sumienie potrafi odpowiedzieć na pytania najbardziej osobiste.

Niedziela Miłosierdzia

Jak łatwo pomylić w życiu niewiarę i niewierność. Przywołajmy patrona dzisiejszego dnia, św. Tomasza. Nie był on zdolny uwierzyć, bo nie był we wspólnocie. Nie uwierzył, bo przestał być wierny. A wiara szuka zrozumienia… właśnie w wierności, tej trudnej i bolesnej.

Pozostali uczniowie nie byli bardziej wierzący od Tomasza, ale próbowali być wierni pomimo słabości. To dlatego zobaczyli to, w co z braku wierności nie mógł uwierzyć Tomasz. Czasem chełpimy się wiarą, a przecież ona jest łaską. Ale czy próbujemy być wierni? Czy można niewierność usprawiedliwiać poszukiwaniem większej wiary? Czy można być niewiernym w imię większej wierności? Tylko komu? Jeżeli wierność umiera z naszymi niezrealizowanymi planami i ambicjami, to nie Bóg umiera, tylko nasze plany i ambicje. A nowe plany nie zrodzą nowego Boga.

Uczniowie trwali w nauce. Jak często sprowadzamy wiarę do tego, co czujemy. A przecież trwanie w nauce Apostołów oznacza uczynienie wszystkiego, by nasza słabość nie stała się wykładnią naszej wiary.

Trwali we wspólnocie. Bo wspólnota jest komunią braci i sióstr, nawet gdyby była – po ludzku – najgorzej zorganizowana. Komunia to jedność płynąca z góry, nie ze wspólnych ludzkich celów. Niewierność nie oznacza wyłącznie słabości i grzeszności wspólnoty. Jest przede wszystkim naszą niezdolnością do trwania.

Trwali w łamaniu chleba. A chleb łamie się po to, by się nim posilać i dzielić. Człowiek nie karmi się po to, by mieć siłę odejść, lecz po to, by mieć siłę zostać – pomimo trudności. Trwali na modlitwie. Modlitwa jest kontemplacją, spotkaniem. A spotkanie jest po to, by człowiek mógł zobaczyć, by nie musiał sobie wyobrażać.

Trwali, bo On był wierny. Bóg nie mówi człowiekowi: Odejdź! To człowiek odchodząc mówi Bogu: Zostań!

Niedziela Miłosierdzia uczy nas wszystkich, że to nasza słabość potrzebuje miłosierdzia Boga, a nie miłosierdzie Boga naszej słabości. I nawet jeśli sami nie mamy siły wytrwać, Kościół nas nie oskarża. Ale jeśli nie może oczekiwać od nas wierności, ma prawo oczekiwać przynajmniej naszej uczciwości. Jeśli więc z powodu własnych słabości nie potrafimy być wierni, nie oskarżajmy Kościoła tylko dlatego, że naznaczony naszymi słabościami próbuje być ciągle wierny.

Smoleńsk 2012

W życiu codziennym można zauważyć dwa typy panującej filozofii: filozofię wolności i filozofię przypadku.

Pierwszy pokazuje, że wszystko zależy ode mnie, nawet Bóg. Jak określiła to jedna z rodzimych feministek: wątpię, więc działam. Co by oznaczało, że w drugą stronę wyraża się to stwierdzeniem: wierzę, więc czekam z założonymi rękami. Czasem trzeba doświadczyć życiowego „kopniaka”, by zrozumieć coś, co powinno rozumieć już dziecko – nie wszystko ode mnie zależy!

Drugi, to deterministyczne poddanie się człowiekowi, życiu, a nawet bezrefleksyjne przypisywanie wszystkiego Bogu (osławiona czy zniesławiona „wola Boża”).

Jest jeszcze trzeci typ, moim zdaniem najbardziej sensowny: zamysł Boga (oczywiście przepraszam, że nie jest to propozycja w ramach szeroko pojętej demokracji, ale niszowa, dla wierzących). Zamysł pokazuje, że nie ma przypadków, ale też nie ma fatum. Jest Ktoś, kto kieruje moim życiem, ale nie wbrew mnie. Cały paradoks polega na tym, że nie chce się logicznie kojarzyć tropów sensu w swoim życiu.

Piszę o tym w kontekście Smoleńska, gdyż zauważam, że ukształtowały się dwie postawy nie do przebrnięcia: za i przeciw. „Za” – czyli teoria zamachu (pośredniego lub bezpośredniego); „przeciw” – czyli „nic się nie stało”, albo „to mnie nie obchodzi”. Tylko, że one – coraz bardziej okopane we wzajemnych uprzedzeniach – nie mogą niczym sensownym owocować. Zauważyłem w ostatnich dniach pewien paradoks, szczególnie u osób, które mają obojętny stosunek do katastrofy smoleńskiej, a jednocześnie są wierzące. Tak bardzo „uczuliły się” na tę tragedię, że nawet modlitwę za zmarłych kojarzą politycznie.

To co stało się przed dwoma laty ma niewątpliwie jakiś głębszy sens. Nie wiem do końca jaki i czy zdoła to w naszych wzajemnych uprzedzeniach zrodzić owoce? Co więc pozostaje nam wszystkim, jako płaszczyzna wspólna? Modlitwa. Niech odpoczywają w pokoju! A ich pokój wieczny niech nas nie uśpi, lecz zmobilizuje do mądrych działań Pro publico bono!