„Polityka uczuć” czy „polityka tout court”?

Różne wspólnoty kierują się odmiennymi prawami. W zależności od linii pokrewieństwa i osobistych powiązań nieco inaczej układają się wtedy relacje pomiędzy miłością i sprawiedliwością. I źle się dzieje, kiedy te relacje zostają zachwiane. Dla przykładu, we wspólnocie małżeńskiej czy rodzinnej miłość stoi na pierwszym miejscu, potem dopiero jest sprawiedliwość. Ona jak gdyby zawiera się w miłości. I jak długo wspólnoty te są zdrowe, miłość pozostaje wystarczającym regulatorem. Kiedy doznaje ona poważnego uszczerbku, gdy musi w relacje wewnętrzne wejść ktoś trzeci (np. sąd), wtedy do głosu dochodzi sprawiedliwość jako minimalna zasada regulacji wzajemnych zobowiązań.

Zupełnie inaczej dzieje się w relacjach pracowniczych. Tu zasadą regulacji wzajemnych relacji i zobowiązań jest sprawiedliwość. Nie ma wtedy obowiązku dawania z miłości tego, co wynika ze sprawiedliwości, np. wynagrodzenia za pracę.

A polityka? Chociaż można i w niej mówić o miłości (np. miłość do Ojczyzny) to jednak nawet ta miłość jest regulowana sprawiedliwością i prawem (celowo taka kolejność, by nie wikłać zasad w bieżące spory). I tak, wywieszanie flagi państwowej, mobilizacja na wypadek wojny, podatki są regulowane sprawiedliwością i prawem.

W Polsce od pewnego czasu zaczęło być inaczej. Postawiono na głowie relację miłość-sprawiedliwość właśnie w sferze politycznej. Dobitnym tego przykładem jest życie po katastrofie smoleńskiej. Z jednej strony trudno odmawiać bliskim (nawet politykom) uczuć ludzkich w stosunku do swoich bliskich. W imię tych uczuć czasem można nieobiektywnie odczuwać rzeczywistość. Z drugiej strony nikt też nie ma prawa osobom tych uczuć odbierać. Co jednak zrobić, gdy odczuwająca osoba jest jednocześnie kimś bliskim dla ofiary i politykiem?

I tu wraca pytanie:  Polityka uczuć czy polityka tout court?

Z jednej strony, jeśli ktoś nie potrafi tego oddzielić, powinien zrezygnować z polityki (bo rozumiem, że nie można zrezygnować z bycia bliskim). Z drugiej jednak strony, ktoś drugi zajmujący się polityką, nie może własnych zaniedbań kwitować ośmieszaniem uczuć drugiej strony.

Co zatem zrobić. Podejść do polityki tout court. Bliski niech odpowie sobie czy jest w stanie stanąć ponad uczuciami i pomyśleć sprawiedliwie o rzeczywistości (oddając każdemu, co się jemu należy). Daleki z kolei, powinien wreszcie zrozumieć, że niezależnie od uczuć drugiej strony istnieją pewne zaniedbania, które trzeba rozliczyć w imię sprawiedliwości. I ból ani wyśmiewanie go niewiele tu zmieniają.

Czy będzie nas stać na takie postawy? Czy polityka nabierze wreszcie wymiaru troski o dobro wspólne nie tylko BLISKIEGO i DALEKIEGO, ale nas wszystkich, obywateli? Jeśli nie znajdziemy w sobie dość determinacji do uprawiania polityki tout court, pozostanie nam kontynuacja polityki uczuć. Tylko, że uczucia mają to do siebie, że jak szybko się zapalają, równie szybko się wypalają. A takie zapalanie/wypalanie nie wróży dobrze ani sytuacji bezpieczeństwa, ani dobru rodziny, ani dziurom w drogach, ani też wałom przeciwpowodziowym.

Zachęcam zatem do uprawiania polityki tout court, z odwagą mówiąc: nawet w Polsce!