Bóg i Mamona

Zastanawiające jest to, że Mamona jest pisana przez duże „M”. Bo to nie kwestia środka płatniczego, lecz bożka. To imię własne urojenia, które może człowiekiem zawładnąć aż do zniszczenia go. Oczywiście staramy się przekonać i siebie i innych, że jesteśmy wolni od pieniądza. Staramy się przekonać…

Dlatego jesteśmy roztropni. Nawet jeśli wierzymy, to czym innym zaufać Bogu a czym innym podejmować decyzje w pracy, w sprawach finansowych. Przecież nie można Bogu zostawiać wszystkiego. Z nieba przecież nam nie spadnie… No właśnie, z nieba nie spadnie, zwłaszcza z pustego. A puste jest ono wtedy, kiedy bożek w którego wierzymy tam nie mieszka.

Mamona dlatego jest bożkiem. Bóg daje, Mamona zabiera. Kupuje człowieka kawałek po kawałku. Jest to najbardziej krwawa prywatyzacja. Jej przedmiotem jest człowiek.

Wiem, że łatwo jest mówić jak powinno się żyć. Ale ja nikogo nie oskarżam. Nawet jeśli czyjś dzień jest od początku do końca zabieganiem o rzeczy materialne. Każdy z nas ma swoją własną historię i swoje motywy takiego a nie innego postępowania.

Chcę tylko podzielić się jednym doświadczeniem. Znam ludzi, którzy postawili tylko na Boga. Znam i takich, którzy postawili na Mamonę. Spotkałem i takich, którzy usiłowali godzić Boga i Mamonę. Usiłowali, bo czasem w końcu buntuje się Bóg i Mamona.

Czasem też Mamona może przybrać wygląd sławy. Tym z kolei, którzy próbują siebie oszukać w taki sposób, że to nie gotówka ich pochłania dedykuję arię Sandora z „Barona Cygańskiego”: Wielka sława to żart, książę błazna jest wart, złoto toczy się w krąg, z rąk do rąk, z rąk do rąk…

Prawda i wolność

Komentarze do poprzedniego wpisu sprowokowały mnie do uściślenia pewnych pojęć. Najpierw prawda. Nie chciałbym przenosić jej od razu na Boga. Relatywizm i sceptycyzm zasiały wystarczająco dużo spustoszenia i to nie tylko w odniesieniu do Boga, ale również w odniesieniu do rzeczywistości, tej, którą możemy poznać w sposób bardziej prosty.

Otóż, jeśli istnieje jakiś przedmiot i chcemy go poznać, to oczywiście nasze drogi mogą być różne. Ta różność pokazuje jednak nie tyle bogactwo naszego poznania, co raczej oddalenie od poznawanego przedmiotu. Im bardziej się oddalamy, tym mniej widzimy, wtedy zaczynamy widzieć coraz bardziej „inaczej”.

Co więc oznacza wolność? Oznacza z jednej strony jakieś zainteresowanie samym przedmiotem poznania, a dalej, zainteresowanie tymi, którzy go poznają. Można to nazwać ciekawością świata, ale również ukochaniem rzeczywistości. Ukochać, to ulokować serce w przedmiocie.  To właśnie ukochanie rzeczywistości jakby uprzedza nasze poznanie. Prawda jest związana z intelektem, umiłowanie rzeczywistości z wolą. Poznanie oparte na miłości jest spontanicznością woli, co w praktyce oznacza odwagę wychodzenia z siebie. Wtedy inni to nie piekło, wtedy też rzeczywistość to nie poznawcze przekleństwo.

Kiedy się nie ukocha przedmiotu poznawanego, wtedy każde wyjście z siebie jakby naruszało naszą wolność. Muszę – to właśnie towarzyszy wtedy człowiekowi. Muszę poznać Boga, świat, ludzi. Ale jest też inne słowo: „chcę”. Chcę poznawać, bo poznanie zewnętrzne dopełnia głębię poznania samego siebie. Dopiero wtedy, kiedy jestem zdolny ukochać inne, moje „inaczej” zaczyna mieć sens. Bo pomimo iż jest inne, to nie jest to inność, która oddziela, lecz łączy. Inność jest wtedy cennym dopełnieniem a nie przeciwieństwem.

Wolność do poznania czegoś jest więc w jakimś sensie wolnością do porzucania siebie. Jest niezbędnym dystansem, by uczynić prawdę prawdą. Prościej, wtedy nie ja jestem miarą rzeczy, lecz prawda mierzy wartość rzeczy i mnie  pośród rzeczy.

Wolność daje też dystans do pojęciowania. Zgadzam się, że nie wszystko trzeba ponazywać, ale trzeba przynajmniej chcieć nazwać. To właśnie dlatego, kiedy poznajemy człowieka zaczynamy od poznania jego imienia. Bezimienność to brak zainteresowania poznanym. A czy można by żyć tym, co nie interesuje?

Dlatego prawda ma tak wiele imion. Ale ostatecznie dopełnia się w przedmiocie. I moja wiara w prawdę nie polega na tym, że ja wiem, ale że wierzę, iż wiedząc, że prawda jest w przedmiocie, szukam, zbliżam się… poznaję, by choć trochę się do niej przybliżyć. A czasem nawet mam pokusę jakoś ją nazwać wiedząc, że zamykanie prawdy w pojęciu jest nieznośną, ale i niezbędną „ułomnością” ludzkiego umysłu.

Szacunek dla inaczej myślących

Myślenie – bycie w świecie, który chce się poznawać zmysłami, intelektem i duchem. A że człowiek nie lubi zaczynać wszystkiego od nowa do myślenia wykorzystuje też pamięć – własną i tę zaczerpniętą od innych oraz tradycję jako pamięć niepamiętną.

Każdy ma swoje myślenie. To pozornie banalne stwierdzenie pokazuje całą głębię człowieka. Ma on swoje myślenie, gdyż ma swoją wrażliwość, uczuciowość, wyczulenie duchowe. Czy jednak „swoje” i „inne” oznacza nie-porozumenie?

W historii ludzkości fascynowały mnie następujące po sobie okresy duchowości. Dla przykładu, w dwóch różnych częściach świata a przynajmniej starej Europy, niezależni od siebie święci zaczynali myśleć podobnie. Nie mieli komórek, wielu z nich nie kontaktowało się z sobą, nie pisali do siebie listów. A jednak myśląc „swoje” i myśląc „inaczej” i „nie myśląc tak samo”, myśleli jednak to samo.

Dzielę się tylko wątpliwością, i uprzedzam, że zastanawiając się, nie mam rozwiązania. Myślę tylko o tym, czym różni się nasze „swoje” i „inne” od ich myślenia. I próbuję sobie odpowiadać: A może ta ich inność rodziła porozumienie, gdyż oni myśląc kładli akcent na przedmiot, na to o czym myśleli, my zaś myśląc o czymś, nawet na chwilę nie potrafimy zapomnieć o sobie…?